DEMO
2 STYCZNIA
Boguś - (wchodzi z notesem i woła Bożenkę) Żono!
Bożenka - (wchodzi)
Boguś - Zawsze 2 stycznia omawiamy poprzedni rok naszego małżeństwa
i dotąd wszystko było w porządku. A dziś musimy poważnie porozmawiać.
Bożenka - Coś źle?
Boguś - Zwykle wystarczało że cię biłem, ale teraz bez rozmowy się
nie obejdzie.
Bożenka - Ale co?
Boguś - Mam zanotowane co było nie tak... O, 6 lutego nie miałem
czystej koszuli. Miałem: brudną, brudną, brudną i różową. Wytłumacz się
bo mnie ręka świerzbi.
Bożenka - Bo się ketchupem wybrudziłeś.
Boguś - A kto przyniósł ketchup do domu?
Bożenka - Ja.
Boguś - (notuje) Ha! Cios z płaskiej? A 14 kwietnia podałaś
nieświeże śledziki. (wzrusza się) I tylko Bóg wie jak wtedy cierpiałem...
Zamknięty w ubikacji jak jakiś gestapowiec, bez wsparcia swoich braci, bez żywności,
wody, wreszcie odcięty od świata, z biciem serca nasłuchiwałem odgłosów życia...
Bożenka - Boguś, ale co ty gadasz?
Boguś - Chlipałem w ręcznik, rozumiesz to kobieto?
Bożenka - Płakałeś? A więc masz serce...
Boguś - Mam serce i patrzam w serce. I patrzam w notatnik i notuję,
ze wytargam za włosy?5 maja w ogóle nie zrobiłaś obiadu.
Bożenka - Boguś, byłam na kursie BHP.
Boguś - Na tym, na którym Prońko śpiewa?
Bożenka - Tak, wiesz jak fajnie było? Podczas pracy z wysokim napięciem
musi być gumowa podłoga a przed państwem Krystyna Prońko!
Boguś - Gumowa?
Bożenka - Tak.
Boguś - Prońko?
Bożenka - Tak.
Boguś - To ci wybaczam. A tu mam wpis: "Bożenka czyta Tołstoja
i chce być mądrzejsza ode mnie". Cóż to ma znaczyć?
Bożenka - Ja przeczytałam go ledwo co. Ja przeczytałam tylko i wyciągnęłam
wnioski. Wątek historyczny, który stanowi w powieści główny nurt wydarzeń,
umożliwił Tołstojowi ukazanie zależności między losami jednostki a rolą
ludu w procesie dziejowym. Ot, po prostu naczytałam się głupot.
Boguś - I naprawdę niczego nie zrozumiałaś?
Bożenka - Tak. Na przykład ten Bezuchov to chyba jakiś koń.
Widzisz jak nic nie rozumiem?
Boguś - No rzeczywiście ? A jeżeli ten Bezuchov to rzeczywiście
koń a ty robisz ze mnie głupka?
Bożenka - Jaki koń, to główny bohater!
Boguś - Aha, to przepraszam? Tu mam taki zapis: "Bożenka żąda
światła". Do kogo te żądania?
Bożenka - Prosiłam tylko żebyś wkręcił żarówkę.
Boguś - A myślałaś?
Bożenka - "Rusz w końcu dupę stary capie".
Boguś - A to nie była aluzja, że nie potrafię wkręcić żarówki?
Bożenka - Nie.
Boguś - To się jeszcze zastanowię. O, 28 sierpnia powiedziałaś:
"Potrzymaj tutaj" i po tym kopnął mnie prąd. Upadłem targany
konwulsjami i prześladowany myślą, że głupio wyglądam. Czy wyglądałem głupio?
Bożenka - Nie, wszystko było bez zmian.
Bogus - A tu cała seria: 6 listopada nie było kolacji! 7 było
brudno jak w chlewie i pachniało bardzo nieładnie!
Bożenka - Kurcze, nie pamiętam. Mogę zerknąć w notatnik, bo mam? (wyjmuje)
Boguś - 8 jeszcze gorzej! A dziewiątego zabrało mnie pogotowie!
Bożenka - 6 listopada wysłałeś mnie na tydzień do mamy, bo przyjeżdżał
twój kolega z wojska.
Boguś - ...I co tam z mamą robiłyście, że u nas tak śmierdziało?!
Bożenka - Myśmy tylko telewizję oglądały.
Boguś - I tego ci nie daruję! Ja tu przygnieciony ciężarem życia,
z ziemi podniść się nie mogłem, a ty się bawiłaś!
Bożenka - Boguś, ja się nie bawiłam. Myśmy dwójkę oglądały.
Boguś - Milcz! Zanim wymierzę sprawiedliwość, niech jeszcze
dziecko się wypowie. Michaś!
Michałek - (wchodzi)
Boguś - Michałku, jak oceniasz poprzedni rok?
Michałek - Nie powiem, ja kocham mamę.
Boguś - Kiedy masz urodziny?
Michałek - Niedługo tato.
Boguś - To co się szarpiesz, co się szarpiesz? Wypowiedz się
incognito. Przyklej sobie wąsik.
Michałek - (Michałek przemienia się psychicznie w Hitlera)
Tata bił mamę a mama krzyczała, sąsiedzi przychodzili popatrzeć i mieli żal
bo mama udawała że nic się nie dzieje, poprzedni rok oceniam krytycznie.
Boguś - No i co Bożenko?
Bożenka - Spotkamy się w Norymberdze.
KONIEC
Autor - Klub Literatów "Zeppelin" na podstawie
opowiadania Joanny Kołaczkowskiej i Grzegorza Halamy pod tym samym tytułem.
JAK SIĘ POZBYĆ NATRĘTNEGO KLIENTA
Klient - (bardzo spokojnie i rzeczowo) Dzień dobry, są gwoździe?
Ekspedientka - Nie ma.
Klient - A kiedy będą?
Ekspedientka - Nigdy, my nie sprzedajemy gwoździ.
Klient - Czemu?
Ekspedientka - Bo to sklep z pieczywem.
Klient - No i?
Ekspedientka - Nie sprzedajemy pieczywa z gwoździami!
Klient - Nie-nie, pieczywo mi niepotrzebne.
Ekspedientka - No to do widzenia.
Klient - Ale na gwoździe bym reflektował.
Ekspedientka - Nie mamy!
Klient - (przypomina sobie) No-no. Już coś pani wspominała.
Ekspedientka - No to zapraszam kiedy pan będzie chciał pieczywo.
Klient - (lekko zirytowany) Ale ja nie chcę pieczywa!
Ekspedientka - Nic innego nie mamy.
Klient - (z ciekawością) Nawet śrubek?...
Ekspedientka - (zirytowana) Mówiłam już! Nie mamy!!!
Klient - Mówiła pani tylko o gwoździach.
Ekspedientka - Mówiłam, że mamy tylko pieczywo!
Klient - Co się pani tak uparła, żeby mi wcisnąć to pieczywo?!
Mam tylko na gwoździe!
Ekspedientka - Nie chcę panu niczego wciskać!
Klient - Jak nie, jak cały czas mówi pani o pieczywie!!!
Ekspedientka - Bo nie mam gwoździ!
Klient - Ja też nie mam gwoździ, a nie mówię o pieczywie!
Ekspedientka - (bardzo zirytowana) Ale pan chciał gwoździe!
Klient - (wpada w szał) Dobra!!! Dobra, dawaj pani to
pieczywo!!!
Ekspedientka - Nie ma!!!
Klient - (wciąż w szale) Nie! Nie!!!! To gwoździ pani nie
ma!
Ekspedientka - (też w szale) Nie mam!!!
Klient - Ani śrubek!!!
Ekspedientka - Nie mam!!!
Klient - Ale pieczywo pani ma!!!
Ekspedientka - Nie mam!!!
Klient - Przecież to sklep z pieczywem!!!
Ekspedientka - Ale wyszło!!!
Klient - (uspokaja się) ...Tak?... Aha... To nie ma różnicy
czy chcę kupić gwoździe czy pieczywo...?
Ekspedientka - (ugodowo) Hm... właściwie tak...
Klient - To gdzie jest następny sklep z gwoździami?
Ekspedientka - Rzeźnik za rogiem.
KONIEC
Autor - Władysław Sikora
OPERACJA TRUDNA JEST
Chirurg - Słuchaj, naprawdę, znakomity film widziałem, genialny.
Kurczę, ale film, ale! Hmmmm, ale czad, hmmm...
Doktor - A o czym?
Chirurg - Nie pamietam. Ale to film, którego się nie zapomina. Coś,
że facet, coś jakoś tak wiesz, tu, tam, tego?i nagle nie tego, tu wiesz, ale
nie, wiesz, on niby że ten, niby ze nie ten tego, i ni stąd ni zowąd facet
wiesz, jakoś tak nie ten...
Doktor - Aaa czekaj, to ja widziałem!
Chirurg - No nie? Magia kina. A'propose magii, Leszek, słuchaj, mam
dzisiaj trudny zabieg. Powiedz, czy zawsze się pod narkozą robi?
Doktor - Nawet nie wiem wiesz?
Chirurg - Cholera, mam pacjenta z wrzodami, można by je wyciąć ale
nie wiem jak.
Doktor - Jak operacja to trzeba rozciąć gdzieś... czymś. I tam będą
takie mokre rzeczy... to jakoś to wytrzymasz, musisz część wyjąć...
czekaj, większość zostaw a tego wrzoda wyjmij... aaaa jakoś się rozejrzysz.
Chirurg - Mówisz?
Doktor - No.
Chirurg - O rany, ale mam dosyć tych operacji. Nigdy mi się nie
udaje. Większość czasu spędzam w areszcie.
Doktor - To może pod narkozą...
Pielęgniarka - Panowie, mam problem. Mam imieniny.
Oni - Wszystkiego najlepszego.
Pielęgniarka - Nie nie. Nie o to chodzi. Robię przyjęcie ale gdybym
chciała zaprosić wszystkich to nie dam rady. Co radzicie? Zaprosić tylko
ludzi czy tylko rodzinę?
Chirurg - Rodzinę.
Pielęgniarka - A jak się tu obrażą? Wiesiek, Henryk, doktor
Kalinowski na pewno się obrazi. Kiedyś się strasznie obraził, że nie chciał
zacząć operacji. Musiałam mu oddać moją łapówkę.
Chirurg - A już się człowiek przywiązał nie?
Pielęgniarka - Nooo.
Doktor - Zaproś tylko nas, a my powiemy, że nie robisz w tym roku
przyjęcia.
Pielęgniarka - No dobra. Hej. (odchodzi) Aha, (skrobie się
po głowie) ale po co tu przylazłam? Ja tu po coś przylazłam. Coś chciałam...
Aaa, pacjent spod czwórki ma zapaść. (wychodzi) Chirurg - Co robić?
Doktor - Bracie ty tam idź. Rób dużo hałasu, zamieszania i paniki,
głównie krzycz i biegaj. W takim bałaganie nikt nie zauważy agonii.
Chirurg - (idzie i krzyczy na korytarzu: "Gdzie apteczka!
Dajcie apteczkę! Tu trzeba doktora, ludzie!!! Nosze!!! Dajcie więcej
noszy!" Wraca smutny)
Doktor - I co?
Chirurg - Idę do aresztu. Tuuuu, bliziutko. Stąd mam bliżej. A z
domu musiałbym taksówkę brać.
Doktor - Ale co? Ktoś się zorientował?
Chirurg - Nie, nikt. Ale etyka lekarska.
Doktor - No tak. Etyka.
Chirurg - To cześć. (wychodzi) Masz jeszcze operację?
Doktor - Tak, zaraz do ciebie dołączę.
KONIEC
Autor - Joanna Kołaczkowska
SŁABA PŁEĆ
Wyobraźmy sobie, że coś w historii poszło nie tak. Świat
mógłby wyglądać zupełnie inaczej. Czarna wizja z męskiego punktu widzenia.
(tatuś w fartuszku, wycirając talerze, porusza się po domu
po ścianach, potwornie przerażony)
Tato - Jasio! Odrobiłeś lekcje?
Jasio - Tak.
Tato - Na pewno? Bo jak mama sprawdzi...! Odrób jeszcze trochę.
Jasio - Tato, coś jest nie tak...
Tato - Co?
Jasio - Pokaż oko (zdejmuje mu okulary, oko jest podbite) I co
to jest?
Tato - To przypadek. Mama niechcący machnęła ręką.
Jasio - I w jeden punkt trafiła???
Tato - Nie zagaduj mnie bo ziemniaki jeszcze nie nastawione. Mama wróci
i znowu niechcący zacznie machać ręką.
Jasio - Tato, ty jesteś przerażony.
Tato - Nie przerażony tylko przejęty. (nasłuchuje) Cicho!
Windzia jedzie!!!
Jasio - Wandzia!
Tato - Windą. Jasio do lekcji, szybko. A ja pójdę mamie otworzyć
drzwi. (schodzi) Dzień dobry kochanie (cios, wylatuje zza kulis)
Mama - (zza kulis wychodzi lekko zawiana mama) Co ty kurna,
oczadziałeś? Co to w ogóle było???
Tato - Chciałem cię pocałować.
Mama - Co!?
Tato - Wczoraj sama mówiłaś, że mogę cię pocałować.
Mama - Powiedziałam, ze możesz mnie pocałować... Co na obiad?
Tato - Wiesz, nie było cytrusów u nas, i pojechałem szukać do
miasta, ale tam nie znalazłem...
Mama - Co na obiad?
Tato - Obszukałem pół osiedla...
Mama - Nie denerwuj mnie mężczyzno! Co na obiad?!!!!!!
Tato - Schabowy! (zakrywa rękami głowę i szlocha)
Mama - Co?! Chcesz mnie karmić świnią?
Tato - Ale to bardzo zdrowe.
Mama - A czy ja chora jestem? Ja wracam do domu i chcę porządnie
zjeść, a nie zdrowo!!! Yh! (prawie by uderzyła, ale sobie przypomniała)
Byłabym zapomniała... (wyjmuje z torebki zmiętego kwiatka) To na dzień
mężczyzny. Poznaj moją dobroć, zjem na mieście.
Tato - Gdzie idziesz? Znowu z koleżankami na likierek?
Mama - Zamknij się! Dzień mężczyzny ma swoje granice!
Tato - A ja? Może ja też chciałbym wyjść? Na miasto... do
ludzi...
Mama - Miejsce mężczyzny jest przy garach! Wbij to sobie do głowy -
Zdzirze!
KONIEC
Autor - Dariusz Kamys
ŚPIJ SUKINSYNU
(wchodzi lekarz i na statywie wiesza napis "Poradnia dla
nerwowo chorych", ale napis cały czas się przekrzywia, co on poprawi to
się przekrzywi, w końcu nie wytrzymuje i zrywa w szale napis i go depcze,
uspokaja się i woła)
Lekarz - Siostro, jest ktoś do mnie?
Siostra - Tak, pan Napoleon i jakiś nowy.
Lekarz - Nie! Znowu Napoleon! Nie dzisiaj! Niech siostra
przestraszy go i powie mu, że przyjmuje tylko profesor Wellington i Dr. Kutuzow.
Siostra - Spróbuję. (do Napoleona za kulisami) Goń się gościu!
Pal gumę chłopcze! (do doktora) Zrozumiał.
Lekarz - A ten drugi? Nie da się go jakoś spławić?
Siostra - Widać, że ma problemy. Myślę, że on potrzebuje pana
pomocy.
Lekarz - Pomocy, pomocy! A mi KTO pomoże, ja też mam swoje problemy!
Siostra - Doktorze, to pana zawód i za przeproszeniem zasrany obowiązek.
Lekarz - Skoro zasrany, to dawaj go pani.
Siostra - No idź pan. Kieruj sie pan na to białe.
(wchodzi wystraszony gość, rozbiegany wzrok, rozgląda się)
Pacjent - Jesteśmy sami?
Lekarz - Tak.
Pacjent - (pokazując na widownię) A ci?
Lekarz - To fototapeta...wodospad mi się znudził, poza
tym pacjenci narzekali, za głośno szumiał. Słucham Pana.
Pacjent - Mam kłopoty...
Lekarz - (podniesionym, zniecierpliwionym głosem)
A jak pan myśli?A ja co mam, sielankę! Nie? (siostra zza kulis: Doktorze,
to pana zawód i za przeproszeniem zasrany obowiązek) No dobrze - siadaj
pan... (rzuca mu krzesło, siostra: Zasrany obowiązek, lekarz mówi łągodnym,
ciepłym głosem) Niech pan siada. (pacjent siada) W czym mogę pomóc?
Pacjent - Jestem nerwowy. Wynika to chyba z lęku.
Lekarz - Z lęku przed czym?
Pacjent - Nie jestem pewien...
Lekarz - (przedrzeźnia go) Nie jestem pewien... A kto ma być
pewien - Ja?!
Pacjent - Chyba tak. Jest pan psychiatrą to pana zawód...
Lekarz - I zasrany obowiązek, wiem. Wprowadzę pana w
hipnozę, dzięki niej lepiej poznamy pana problem... Proszę się rozluźnić?Proszę
zamknąć oczy... leży pan na łące. Jest pan spokojny... Gdzieś tu było
moje wahadełko uspokajające. Cholera!!! Gdzie ono jest. Niech pan leży na
łące i nigdzie się nie rusza. Ta pielęgniarka zawsze coś mi poprzestawia!
Co ona tu robi, przecież ona jest chora psychicznie. (schodzi za kulisy słychać
rumor) Do jasnej cholery gdzie jest wahadełko?! A, mam w kieszeni.
Przepraszam, na czym skończyliśmy? (macha wahadełkiem zrobionym z jaja z
niespodzianką)
Pacjent - Leżę na łące.
Lekarz - Nie, nie. Jest pan w moim gabinecie.
Pacjent - Pan mówił, że leżę na łące.
Lekarz - Aha tak, hipnoza. Tak, tak leży pan łące, a pańskie
problemy są gdzie?
Pacjent - Ze mną.
Lekarz - Nie nie pańskie problemy są daleko.
Pacjent - Aha to dobrze.
Lekarz - Czy jest pan już zrelaksowany?
Pacjent - Nie wiem.
Lekarz - Wie pan moja rola ogranicza się do terapii, pan też musi z
siebie coś dać. A kto ma wiedzieć?! Ja? Ja?! Wszystko na mnie tak?
Pacjent - Doktorze! Niech się pan nie denerwuje. Już jestem
zrelaksowany!
Lekarz - Aha, aha już dobrze. Mam tylko prośbę. Żeby
uwagi na temat moich nerwów zachował pan dla siebie. No! Niech pan się skupi
na wahadełku: jest panu dobrze, a przede wszystkim czuje się pan bezpiecznie,
chce się panu spać, zasypia pan.
Pacjent - Nie chce mi się spać.
Lekarz - Chce się panu spać tylko pan tego nie czuje.
Proszę się nie rozpraszać, bez hipnozy dalej nie pojedziemy... pana lewa ręka
staję się ciężka - tak?... druga ręka też staje się ciężka - tak?...
trzecia ręka też staje się ciężka - tak?...
Pacjent - Przepraszam, ale ja nie mam trzeciej ręki.
Lekarz - Nie ma pan?!! (łyka tabletkę) Człowieku
daj mi pracować!!! I co, mam wszystko zaczynać od nowa! O nie!!! Zamknij się
i śpij!!! Każdy z tego gabinetu ma wychodzić spokojny, ale pan mi nie daje
szans. Daj mi pracować. Chcę ci pomóc!!!
Pacjent - Ale...
Lekarz - Nie ma żadnych ale! Masz spać (bierze do ręki podręcznik
psychologii) Widzisz? Tu jest przed hipnozą. Pacjent stoi.
Pacjent - A lekarz się uśmiecha.
Lekarz - Ha ha ha ha!!!!!!! Na tym obrazku lekarz robi
hipnozę a pacjent co robi? ŚPI!!! A pan zdaje się nic z tego nie rozumie. Ma
pan spać!!! (mówi i wali pacjenta w łeb podręcznikiem do psychologii,
pacjent traci przytomność) Dziękuję. Nareszcie pan współpracuje. To
bardzo pomoże terapii. Teraz będzie pan odpowiadał na moje pytania. Co pana
niepokoi? (chwilę nasłuchuje i nic nie słyszy) Nie słyszę czyli -
nic!? Czy ma pan jakiś problem, który pana gnębi? - nie! No. Terapia zakończona.
Teraz policzę do trzech i obudzisz się. Raz dwa trzy... Co? Stawiamy się?
Cztery pięć sześć. OK. Nie ma problemu. W takim razie klasnę i obudzi się
pan. (klaszcze ale i to na nic, w końcu mówi) OK. Kiedy zrzucę pana z
krzesełka i obudzi się pan (no i w końcu budzi się a lekarz mówi) Może
pana trochę boleć głowa. Po hipnozie to częste.
Pacjent - Gdzie ja jestem? Co tu się stało... Jak ja...? Kim pan...?
Lekarz - Nie pamieta pan?
Pacjent - Nie, ja nic nie pamiętam, o Boże...
Lekarz - Niczego pan nie pamieta? (pokazuje książkę,
którą trzyma w dłoni) To... panu wypadło. (zdejmje fartuch
pospiesznie) I fartuch, rzucił się na mnie wie pan? (oddaje pacjentowi
fartuch) Jest pan psychiatrą.
Pacjent - Ale ja nie chcę leczyć wariatów.
Lekarz - Trudno proszę pana, to pana zawód i za przeproszeniem
zasrany obowiązek.
KONIEC
autor - Dariusz Kamys
SZPITAL GDZIE BĄDŹ
Siostra - Proszę tu. Będzie pan leżał na tym. (ustawia krzesła,
zawiesza wykres temperatury)
Pacjent - Czy moja choroba nie wymaga lepszych warunków?
Siostra - Pana choroba? Rozwija się znakomicie. W takim tempie, że
nie wiem czy warto pościel przynosić.
Pacjent - Nie wolno pani tak mówić.
Siostra - Wiem-wiem.
Pacjent - Powinna pani mówić, że zrobicie wszystko dla mego dobra.
Siostra - A uwierzy pan? Że zrobimy wszystko ... uwierzy pan?
Pacjent - Siostro, ja nie mogę umrzeć!
Doktor - Kto tu nie może umrzeć?
Pacjent - Ja.
Doktor - Pan? AA! Niech pan mnie nie rozśmiesza. (ogląda wykres
temperatury) Siostro, na co cierpi pacjent?
Siostra - Po polsku czy po łacinie?
Doktor - Do astmy po polsku, wyżej po łacinie.
Siostra - Pneumothorax.
Doktor - Oj, nie lubię tego leczyć. Na akademii miałem z tego
komis.
Pacjent - Doktorze, nie jest pan już na akademii. Tu są żywi
pacjenci.
Doktor - Na razie, na razie. (patrzy i patrzy na wykres
temperatury, składa i wkłada do kieszeni) Dam dziecku do kolorowania.
Pacjent - Doktorze, proszę się postarać. Odwdzięczę się.
Doktor - Nie pracuję tu dla pieniędzy. Jestem tu dla władzy! (przyjmuje
władczą postawę) Oddychać! (pacjent wszystko wykonuje) Nie
oddychać! Otworzyć usta! Zamknąć! Beknąć!... Uwielbiam to uczucie!
Pacjent - Doktorze, wyleczy mnie pan?
Doktor - (wzrusza ramionami)
Siostra - Co z nim zrobimy?
Doktor - Nie wiem. Na komisie miałem ściągi.
Pacjent - Jak to pan nie wie?! Co z pana za lekarz?!
Doktor - (ściąga stetoskop i rzuca pacjentowi, wyjmuje pigułki z
kieszeni, zastrzyki) Proszę! Proszę! Zobaczymy co PAN z tym zrobi?! (odchodzi
urażony)
Siostra - Doktorze, czy my codziennie musimy przez to przechodzić?!
To tylko odma. Da pan radę.
Doktor - Odma? Pneumothorax - odma... No tak.
Pacjent - A więc nie umrę?
Doktor - To się zobaczy.
Pacjent - Na to się nie umiera!
Doktor - Czasem tak.
Pacjent - Nie mogę na to umrzeć!
Doktor - Co się pan kłóci z fachowcem? Proszę to zażyć i już
nie gadać.
Pacjent - (zażywa i umiera)
Siostra - (patrzy zdziwiona na pacjenta i doktora)
Doktor - Na to faktycznie rzadko się umiera, ale wjechał mi na
ambicję.
KONIEC
Autor - Władysław Sikora
PIOSENKA KRAKOWSKA
Krzysiek Maćkowski kawaler do wzięcia
Marzył o roli męża i zięcia
Chętnie wziąłby udział w akcie poczęcia
Potrzebnego na to nie znalazł dziewczęcia
Smutny jak spaniel chlipnął w poduszkę
Z rozpaczy włożył do ust swoich nóżkę
Pomyślał wtedy: łatwiej będzie coś spłodzić
Gdy będę miał roczek i zacznę już chodzić!
KONIEC
Słowa - Dariusz Kamys, Muzyka - Łukasz Pietsch
STEFANIO WRÓCIŁEM
Stefania - (stoi na progu) To już trzecia jesień jak jestem
sama. Tak żółto jeszcze nie było. Listek, (pokazuje)listek listek...
stówa?... nie, listek. Listek do listka i będzie walizka. Walizka pełna liści.
Tak, wyjadę. Puciągiem. Może wreszcie uda mi się zapomnieć Tadeusza.
Tadeusz...łajdak, kłamca, przekonany że ma dużo wdzięku...
Tadeusz - (nieco skacowany) Czy mówisz o mnie? Usłyszałem
"ma dużo wdzięku".
Stefania - Tadeusz!?... Co... (!) Co tu jesteś!? Kiedy?! Jak to?
Dlaczego? Po co?
Tadeusz - ...O boże! Jeszcze nie wiem o co pytasz, a już nie wiem co
odpowiedzieć.
Stefania - Nie było cię tak długo!
Tadeusz - Parę dni...
Stefania - Trzy lata!!!
Tadeusz - (ugodowo) Parę dni z hakiem. Daj coś do picia.
Stefania - Bez słowa wyszedłeś, bez słowa cię nie było, a teraz
wracasz i mówisz?!
Tadeusz - (zakłopotany) Nie mówię że nie...
Stefania - A czy przez chwilę pomyślałeś o mnie?
Tadeusz - Każda chwila w której myślałem o tobie była dla mnie
wiecznością.
Stefania - Przez trzy lata żadnego listu! Nie wiedziałam czy zginąłeś,
czy cię porwano, czy zdałeś na studia...
Tadeusz - Czy to ważne? (patetycznie) Świat mnie połknął,
wymemłał i wypluł...
Stefania - Mocno cię wymemłał, mocno. I po co wróciłeś?
Tadeusz - Powiedzieć całą prawdę?
Stefania - Mów.
Tadeusz - Wróciłem bo jesteś mi droższa niż wszystkie pieniądze
świata!
Stefania - I gdzie tu prawda?
Tadeusz - Pomiędzy "wszystkie" a "świata"...
Stefania - Wszystkie pie... Więc pieniądze? Skończyły się?
Tadeusz - (potakuje)
Stefania - Idź sobie! Wyjedź na zawsze! Nie chcę cię więcej
widzieć. A gdybyś kiedyś tędy przejeżdżał włóż maskę na twarz!...
Tadeusz - Nie! Nie! (rzuca się i wczepia się w statyw) Jak
mnie wyrzucisz to razem z tą rurką! (podnosi statyw) Hm... to nie jest
od kaloryfera? (pada i chwyta nogę Stefanii) Jak mnie wyrzucisz, to
razem z twoją nogą!
Stefania - Myślisz, że pozwolę ci zostać?!
Tadeusz - (wstając) Dziękuję, nie śmiałem prosić. Daj coś
do picia.
Stefania - Wynoś się!
Tadeusz - Pozwól mi się wytłumaczyć.
Stefania - (patrzy przeciągle) Móóów. I tak ci nie uwierzę!
Móóów!
Tadeusz - (ciężki oddech) Wyszedłem z domu i spotkałem
kobietę... Fajna była. To z nią poszedłem.
Stefania - A do mnie nawet nie napisałeś, nie zadzwoniłeś...?
Tadeusz - Po co? Była o wiele ładniejsza od ciebie.
Stefania - Tadeuszu, jak możesz?!
Tadeusz - Sory. Miałaś nie uwierzyć... Gdybym wiedział, że
uwierzysz, powiedziałbym że porwali mnie kosmici... (przeżywa) to było
straszne... Trzymali mnie trzy lata w laboratorium. Robili eksperymenty
genetyczne.
Stefania - Eksperymenty genetyczne?
Tadeusz - Tak. Mam trójkę dzieci pod Warszawą.
(chwila ciszy)
Stefania - Tadeuszu, ty chcesz żebym ja w UFO uwierzyła?
Tadeusz - Jakby się dało...
Stefania - Kłamiesz Tadeusz, ale robisz to z takim wdziękiem, że
nie mogę cię tak zwyczajnie wyrzucić. Więc zostań! W środy przychodzi pan
Mietek to cię zrzucimy ze schodów.
KONIEC
Autor - Władysław Sikora