[Allegro.pl - najwięcej ofert, najlepsze ceny, sprawdź!]
 
● Życzenia ● Aforyzmy ● Biorytmy ● Horoskopy ● Imiona
● Święta ● Kartki ● Prezenty ● Rozrywka ● Sennik ● Kontakty
        ● Kuchnia  ● Forum  ● Deformator  ● Miasta  ● Teksty Piosenek 

Poczta

Ustaw stronę startową

Przeszukaj Listonosza

Google
Web listonosz.net



Polecamy Witryny

● blogi ● wizytówki ● praca ● ogłoszenia ● internet ● brukowiec ● bajeczka

Aukcje24.pl

Sponsorzy
Zakupy internetowe -
● www.cogdziekupic.pl
Sklepy internetowe -
● www.megasam.net
Autogiełda -
● www.motostrefa.pl
Portal sklepowy -
● www.megasam.info

Imieniny - Prezenty
Urodziny - Prezenty

 

Ani Mru Mru Biuro Organizacyjne Ciach DNO Elita Formacja Chatelet Grupa MoCarta Grupa Rafała Kmity
Grzegorz Halama Oklasky HiFi Hrabi Ireneusz Krosny Jachim Presents Jurki Kabaret Moralnego Niepokoju Kabaret Pod Wyrwigroszem
Kabaret Skeczów Męczących Kaczka pchnięta nożem Koń Polski Kwartet Okazjonalny Made In China Napád Noł Nejm OT.TO
Pigwa Show Potem PROFIL RYBKI Słuchajcie Szum Widelec Zygzak

Kabaret "Jachim Presents"


Dwudniowa przepustka 
(muz. Bartek Lewczuk)
Dwudniowa przepustka, dwudniowa przepustka
Właśnie sobie jadą na nią żołnierze
Do ich zachowania, do ich zachowania
Absolutnie nie ma zastrzeżeń
Pięknie uśmiechnięci, ślicznie uczesani
Dobrotliwi, grzeczni, niewinni
Dobrze ułożeni, świetnie wychowani
Sympatyczni, mili, uczynni
A gdy na peronie, a gdy na peronie
Ktoś żołnierze popchnie szkaradnie
Żadne brzydkie słowo, żadne brzydkie słowo
Z ust żołnierza nigdy nie padnie
Jeszcze się uśmiechnie, jeszcze zrobi przejście
Chociaż wszyscy pchają się podli
A on spokojniutko usiądzie w przedziale
Coś poczyta lub się pomodli
A gdy do przedziału pełnego żołnierzy
Wejdzie sobie ponętna panienka
Nikt nie komentuje, wyposzczonym wzrokiem
Nikt panienki ładnej nie nęka
Nie patrzą na dekolt, nie patrzą na nogi
Cała podróż biegnie wzorowo
Gdy panienka pragnie przerwać spokój błogi
Wtedy grzeczną bawią rozmową
Żołnierze są trzeźwi, żołnierze są trzeźwi
Papierosów absolutnie nie palą
Żeby się orzeźwić, żeby się orzeźwić
Wezmą soku, nigdy browaru
Zaś na zakończenie trzeba tu podkreślić
Choć to jasno z tekstu wynika
Że do Częstochowy jadą dziś żołnierze
Ojca Tadeusza Rydzyka
 

"Wspomnienie o majorze"
Ta wiadomość z trudem przechodzi mi przez gardło, ale prawda - doprawdy - jest tragiczna: Major Feliksiak nie żyje. Major Feliksiak, autor niezapomnianych aforyzmów i złotych myśli, dla przykładu: "raz, raz, raz, zbiórka w dwuszeregu, orangutany, raz, raz, raz, biegusiem", albo inny przykład: "To były moje ostatnie słowa, orangutany, od tej chwili będę walił w mordę".
No, a że słowo majora święta rzecz, to walił, a policzki moje i moich kolegów trzaskały niczym sekcja instrumentów blaszanych w miejskiej filharmonii. Taa, major Feliksiak, tylko nieliczni poznali się na jego talencie aforystycznym: gdyby Stanisław Jerzy Lec nie opublikował swoich myśli nieuczesanych, to major Feliksiak też nigdy by ich nie przeczytał.
Potrfaił nas w każdej chwili zaskoczyć: do dziś pamiętam, jak z kolegami z oddziału wyglądamy za okno, a major Feliskiak idzie przez plac manewrowy i ma bicepsy poobwijane ostatnimi numerami "Żołnierza Wolności". Najodważniejszy z nas, rudy Krzychu krzyczy więc: "Majorze, a po co panu te gazety na ramionach?". A major Feliksiak: "Co, nie słyszeliście, orangutany, że he, he, he prasa wyolbrzymia?!!!"
Najbardziej jednak podobała mi się u majora Feliksiaka konsekwencja w działaniu!!! Tak jest, konsekwencja i normalnie nieomylność. Jak się raz założył, że nauczy psa gadać ludzkim głosem, to biedna psina przez okrągły rok szamała jedynie wigilijny opłatek. Pies już zaczynał wydawać charakterystyczne charkoty (taki major Feliksiak po bankiecie), ale niestety padł z głodu. A z pewnością w ciągu góra tygodnia zdolna sabaka powiedziałaby całą "Inwokację"
A jak rwał kobitki? Jak kobitki rwał? Żadna mu nie odmówiła, żadna nie miała prawa odmówić, ale miał swoje genialne, niezawodne sposoby. Podchodził do wybranki, walił blachę w czoło, wykręcał lewą rękę i romantycznie szeptał do ucha: "No chodź, no chodź, no chodź!!!" I szły panny sznurem za Feliksiakowym mundurem. Jedna mu odmówiła - żona pułkownika konkretnie. Kiedy Feliksiak sprzedał jej blachę w czoło i wykręcił rękę - zona porucznika przyniosła mu kapcie, podała rosół i zaczęła prasować. Kiedy z kolei wykręcił prawą rekę żona porucznika wykonała okolicznościowy utwór artystyczny: "dziękujemy ci, NATO".
Aż wreszcie ta tragiczna wiadomość, podobno pokłócił się z jakimś kierowcą, poszło o drobiazgi, Feliksiak na początku tłumaczył mu jak komuś dobremu: "Nie będziesz, orangutanie, jeździł po placu w godzinach do tego nie przeznaczonych". No to ten kierowca coś powiedział o matce Feliskiaka, z kolei Feliksiak też coś o rodzinie zaczął gadać, bo powiedział kierowcy, że on jest czyimś tam synem czy jakoś tak i spierali się dobry kwadrans, po czym kierowca ruszył. Po następnym kwadransie rozpoczęto rozsyłać wiadomości o pogrzebie majora. A my do dziś zastanawiamy się: czy naprawdę Feliksiak wściekł się do tego stopnia, że nie był w stanie rozpoznać drogowego walca?

Mało wyszukana mowa wiązana na cześć brzydkich kasjerek z supermarketu
Brzydkiej kasjerce z supermarketu
Od morza, przez Łódź, aż po Tatry
Nikt nie funduje kinowych biletów
Nie dla niej galerie, teatry
Jej cel to wklepanie towaru w kasę
A tych towarów jest cała lista
Jogurt, kajzerki i ananasy
Inne rośliny lub czasopisma
Zaś po wklepaniu całej tej listy
Wraca do dzieci, do garów
Nadgarstki silne jak u kulturysty
Od przekładania towarów
Jej biust w firmowy fartuch odziany
Na szyi broszka lub koral
Paznokieć pęknięty, acz pomalowany
Najnowszą, najlepszą podróbką Diora
Zaś nocą marznie bez pieszczot ciało
Choć chłopów jest wokół bez liku
Ochroniarz Wacław z działu nabiału
Ochroniarz Zdzichu z regału słoików
I nawet w lipcu noc dla niej zimna
I nawet w sierpniu śnieg na nią sypnie
W pośladek nie szczypnie Bogusław Linda
I Małysz też jej nie szczypnie
A ty masz gdzieś, że ją bolą korzonki
A ty masz gdzieś, że w wątrobie ją kuje
Ty ją przeklinasz, że czekasz w ogonku
Ty ją przeklinasz, że wolno kasuje
Zaś ona musi wytrzymać presję
Zdenerwowanej kolejko-masy
Ech, każda marzy by zmienić profesję
W innym wariancie - by rąbnąć coś z kasy
Jednak za mało w niej bezczelności
Za mało chamskiego tupetu
Cóż, dołujące okoliczności
Brzydkiej kasjerki z supermarketu
I teraz pomyśl sam, przyjacielu
Czyż nie jesteś nazbyt wygodny
Gdy ci się nie chce pogrzebać w portfelu
Jak ona cię prosi o drobne?  

Anioł Stróż
Odwiedził mnie anioł stróż. Siadł na krzesełku, bez pytania poczęstował się moimi papierosami, bez pytania o zgodę zapalił, po czym przemówił:
- Słuchaj, stary, ja ciebie za ostatnią środę bardzo mocno przepraszam. Naprawdę wielkie sorki!!! Jakiś kiepski dzień miałem, nie wiem, niskie ciśnienie, źle spałem, jakieś podziębionko, no nie wiem co, ale kompletnie byłem bez formy... No ale do rzeczy, jak wtedy wszedłeś na przejście dla pieszych, to z naprzeciwka szła taka fajna brunetka... Ty się za nią obejrzałeś, ja się obejrzałem, obaj niemal automatycznie się zatrzymaliśmy, co by nieco dłużej się pogapić... I ja w ogóle nie zauważyłem tej ciężarówki, przecież ona pruła jak na odcinku specjalnym Rajdu Paryż - Dakar! No i cię huknęła! Przez chwilę to nawet zabawnie wyglądało, bo dyndałeś na przedniej szybie jak maskotka kierowcy, taki, wiesz, pluszowy misiak albo małpka!
No dobra, myślę, co się stało, to się nie odstanie, czasu nie cofnę, bo ja jestem anioł stróż, a nie cudotwórca, więc dzwonię po karetkę. Przyjechali, zapakowali cię na nosze i, myślę sobie, dobra jest, po wszystkim... Nie ty pierwszy, nie ostatni pod ciężarówkę wpadłeś, jakoś się wyliżesz. Ale wiesz, ja jestem anioł stróż, nie prorok- wróżbita, skąd mogłem wiedzieć, że sanitariusz miał akurat imieniny? No skąd? Dowiedziałem się już na miejscu, w szpitalu, jak mu się nosze wymsknęły i zjeżdżałeś schodami z trzeciego piętra. Nawet zabawnie to wyglądało - jak bobsleista z Jamajki - kiepsko stylistycznie, zero techniki, ale zaangażowanie maksymalne.
Chciałem nawet złapać te nosze, ale o ile na początku leciałeś niczym pośpieszny, to od drugiego pietra w dół, do samej mety to już było Inter City. I tak dobrze, że nie francuskie TGV... Tak czy owak jechałeś za szybko, abym cię wyprzedził i otworzył na oścież drzwi wyjściowe. No i po chwili szklane drzwi zmieniły się w puzzle z 20-tysięcy części. Aha, właśnie, jak ci się nie uda skleić, to rodzina będzie musiała zapłacić.
W końcu położyli cię na szpitalnym łóżku, daleko nie mieli, więc myślę, że to koniec przygód, gdzie jak gdzie, ale w szpitalu, to ci nic nie grozi... Z tymże wiesz, ja to jestem anioł stróż, nie pracownik laboratorium i nijak nie mogłem wiedzieć, że ta jajecznica na kolację będzie z salmonellą. Zresztą szamałeś tak, że aż ci się uszy trzęsły, to znaczy prawe ucho ci się trzęsło, bo lewe straciłeś przy finiszu na szklanych drzwiach... Tak, 20 tysięcy kawałków, oj będzie łamigłówka!!!
Ale mówię dalej jak było - jeszcze cię nawet salmonella, a tu już - bach - przewożą cię do innej sali, gdzie jakiś gość w zielonym kitlu i masce na twarzy przymierza się do ciebie ze skalpelem. Mówię sobie - nie, dosyć, wpadłeś pod samochód, zleciałeś ze schodów, zatrułeś się, ale zadźgać to cię nie pozwolę... W końcu jestem twój anioł stróż! I szarpie się z człowiekiem, szarpie, walczymy, i nagle trach - przejechał skalpel po aorcie. I tu mnie, mówiąc szczerze, zawiodłeś... Zawsze cię miałem za muzykalnego, a tu poszedł taki zafałszowany charkot, że nawet zarzynany prosiak ładniej kwiczy... A po 5, góra siedmiu minutach cały ten dramat się skończył...
Także powtarzam, raz jeszcze przepraszam, jakiś kiepski dzionek miałem, ale teraz jesteś już po naszej stronie, zaraz sam będziesz aniołem stróżem i zobaczysz, że to cholernie, oj, cholernie ciężka praca!!!  

Serwis wiadomości obojętnych
Dzień dobry, witamy w naszym serwisie wiadomości obojętnych...
Dżingiel!
Z kraju: spotkało się dwóch ważnych.
Dżingiel!
Trzeci ważny się nie dojechał.
Dżingiel
Zagranica: Samolot z Madrytu do Rzymu doleciał na miejsce bez przeszkód.
Dżingiel
Medycyna: Zapalenie gardła jest w dalszym ciągu uleczalne!
Dżingiel:
Kronika kryminalna: No i niestety, znowu ukradli!
Dżingiel:
Przyroda: Zaczyna kwitnąć!
Dżingiel!
Z ostatniej chwili, z kraju: Ten trzeci ważny, co niby nie dojechał, okazuje się dojechał, tyle że się spóźnił i tez się spotkał
Dżingiel!
Kultura, muzyka rozrywkowa: Przyjechała, zagrała, zabisowała, wzięła kasę, wszyscy byli wniebowzięci!
Dżingiel!
Sport, bilard: dostał po kulach!
Dżingiel!
Pogoda: Ho, ho, ho, ale parasole mogą zostać w domu!
Dżingiel!
A na koniec naszego serwisu jedna wiadomość nieobojętna: Jan Kowalski, zamieszkały przy ul. Lumumby 14 mieszkania 8 w Chodzieży to cwaniak, grandziarz i pedofil.
Dżingiel!
Do usłyszenia jutro, a nuż jedyna wiadomość nieobojętna będzie poświęcona Tobie lub Twoim bliskim, czego szczerze życzy redakcja!
Dżingiel!
Koniec
Dżingiel!!!  

Mało wyszukana mowa wiązana o przyszłym historyku
Za lat 400 jakiś historyk
Nazywający się Jerzy Krasa
Będzie chciał zdobyć tytuł doktora
Pisząc doktorat o naszych czasach
Choć będzie czytał dzisiejsze gazety
Będzie się wgłębiał w logikę zdarzeń
Będzie się trudził, ale, niestety
Jak Boga kocham - nic nie zajarzy
Będzie się trudził, męczył i biedził
Rozmyślał, czytał, szukał i dumał
Lecz mało będzie miał odpowiedzi
I bardzo wielu rzeczy nie skuma
Nie pojmie jak można zasnąć pod stołem
Jak metro może być ciągle w budowie
Dlaczego profesor z toruńskiej szkoły
Chodził po klasie kubłem na głowie
Nie pojmie, że cztery kolczyki w zadzie
Może mieć wbite jakiś piosenkarz
Będzie się dziwił, że w listopadzie
Piłkarze grają w krótkich spodenkach
Jak można wykolegować kolegę
Jak można wódkę rozcieńczać pepsi
Kiedy się natknie na posłankę Beger
Dostanie wrzodów i epilepsji
Jak on zrozumie bez kolejnych wrzodów
Telewizyjnej rozrywki urodę
Ludzie filmują jak lecą ze schodów
A później se dają za to nagrody
Przy sprawie Rywina stanie jak wryty
Aby ją rozgryźć, to się uchleje
Jak dotrze do kaset z show reality
Albo się potnie, albo zgłupieje
Skąd on wytrzaśnie jakiegoś eksperta
Od proszku, co wszystko do bieli spierał
Dlaczego akurat słowo "koperta"
Zrobiło w urzędach taką karierę
Nie pojmie, że z obieraniem ziemniaków
Można w układy wejść z galeriami
Albo że w dżinsach młodych chłopaków
Krok kończy się tuż pod kolanami
Historyk zużyje sto długopisów
Notatek i uwag też będzie fura
Mimo milionów objaśnień, przypisów
I tak to będzie ciężka lektura
Zaś po obronie historyk Krasa
Z doktorskiej togi strzepując pyłek
Westchnie i powie o naszych czasach:
Jak dobrze, kurwa, ze wtedy nie żyłem?!!  

Fragmenty czatu internetowego z Człowiekiem Który Wie Wszystko
Do siedziby naszego portalu przybył Człowiek Który Wie Wszystko. Czat z jego udziałem cieszył się, co zrozumiałe, gigantycznym wręcz zainteresowaniem internatów. Oto najciekawsze fragmenty dyskusji:
Pytanie od Czesława Czecha Czecha: Jak na pustyni zagotować wodę na herbatę?
Człowiek Który Wie Wszystko: Drogi Czesławie Czechu Czechu, tylko skończony imbecyl lub matołek będzie gotował na pustyni wodę na herbatę, ale jeśli pytasz to: należy jeszcze w domu spakować do plecaka wodę i czajnik elektryczny, a potem udać się na pustynię. Gdy najdzie nas ochota na zagotowanie wody na herbatę należy poszukać wielbłąda i udać się na nim do pierwszego hotelu wyposażonego w elektryczność. Tam włożyć kabelek od czajnika do gniazdka i zaczekać dwie minuty. Istnieje wersja druga - zamiast wielbłąda zamówić radio-taxi, z tymże jest to wersja kosztowniejsza, bo taksówkarz może nas zawieźć do hotelu okrężną drogą, poza tym cały czas będzie mu pykać czwarta taryfa.
Pytanie od Czesława Czecha Czecha: Jak na pustyni zagotować wodę na kawę?
Człowiek Który Wie Wszystko: Drogi Czesławie Czechu Czechu! Świetny żart, tak trzymaj!
Pytanie od Anieli 26: Jak nauczyć się uśmiechu Mony Lisy, który kryje w sobie - paradoksalnie - i element pewnego zakłopotania, i wewnętrznego spokoju, i poczucia triumfu?
Człowiek Który Wie Wszystko: To banalnie proste; powiedz mężowi, że idziesz do pracy, jednak udaj się do garsoniery kochanka i zdradź męża bez skrupułów. Wróć do domu i poczekaj na pytanie męża typu: "Jak tam w pracy?". Na twej twarzy automatycznie pojawi się uśmiech kryjący w sobie i element pewnego zakłopotania, i wewnętrznego spokoju, i poczucia triumfu. Uwaga, Anielo, tego sposobu nie można wykorzystywać zbyt często, bo po pewnym czasie z twojego uśmiechu zniknie element pewnego zakłopotania.
Pytanie od Czesława Czecha Czecha: Jak na pustyni zagotować wodę na gorący kubek?
Człowiek Który Wie Wszystko: Proszę o następne pytanie.
Pytanie od Anieli 26: Co to jest garsoniera? Co to są skrupuły?
Człowiek Który Wie Wszystko: Proszę o następne pytanie.
Pytanie od Czesława Czecha Czecha: Jak na pustyni osiągnąć stan pełnego animuszu?
Człowiek Który Wie Wszystko: To banalnie proste, drogi Czesławie Czechu Czechu! Należy udać się na pustynię, uzbroić w cierpliwość i czekać do pierwszej zimy. Wtedy automatycznie pojawia się stan, gdzie ani muszu, ani komaru!!!
Tu Człowiek Który Wie Wszystko zaczął używać wulgaryzmów, kopnął komputer i wybiegł z naszego portalu. Czat dobiegł końca, mimo, że Czesław Czechu Czechu pytał jeszcze, jak na pustyni zrobić rosół z kury. A w przyszłym tygodniu zapraszamy na czat z Czesławem Czechem Czechem, specjalistą do spraw gotowania wody w warunkach ekstremalnych.  

Wybory MISS
Ponieważ zwierzaki z miejskiego ZOO zaczęły się nudzić, dyrekcja postanowiła zorganizować jakieś dodatkowe zajęcia. Jednak ani warcaby, ani nawet rozbierany poker nie chwyciły, duże zwierzaki wyżywały się na małych zwierzakach w salonowcu, a hipopotam zeżarł ponad 20 płytek od scrabbli i zdekompletował pudełko; więc dyrekcja postanowiła iść w ludyczność, festyniarstwo oraz masowość i zorganizowała wybory miss ZOO.
Tu tez nie obyło się bez protestów: - Moja żona na scenie w kostiumie kąpielowym papla do mikrofonu skąd przyjechała i jakie jest jej hobby? Po moim trupie - gardłował lemur, a następnego dnia ciało lemura znaleziono na dnie rozlewiska dla fok z nogami zabetonowanymi w aluminiowej misce. Zaś tydzień później pani lemurowi wywalczyła zaszczytny tytuł Miss Foto oraz wyróżnienie publiczności.
Były też inne problemy: skąd wytrzasną kreację wieczorową dla wielbłądzicy; jak przekonać skunksicę, aby zechciała się łaskawie wyperfumować przed wejściem na scenę, czy wreszcie nauczenie pani wąż układu tanecznego, w którym pojawiały się elementy stepowania.
W dodatku tutejszy dziennik "z życia ogrodu" wyrąbał na pierwszej stronie demaskatorski reportaż śledczy, w którym stwierdził, że z wizytą do kandydatek przyłazi notorycznie lew i za 17, 5 miliona oferuje korzystne rozwiązania w werdykcie jury.
Jednak, mimo skandalu prasowego, wszystkie zwierzaki zasiadły na trybunach, aby dopingować najpiękniejsze przedstawicielki swojego gatunku. "uuuu" - buczały z dezaprobatą świstaki, kiedy na scenie paradowała pani mandryl; "eeeee" - wyśmiewały się zebry z kapelusza w paski, w jakim paradowała żyrafa.
Zainteresowanie wyborami było tak wielkie, że relację na żywo dawał "Animal Planetce", a zwierzaki z innych ogrodów wybierały swoją miss w systemie audio-tele.
Do finałowej czwórki awansowały pani Panda, pani ślimak, pani foka i pani gorylowa, której różowe pośladki wprowadzały w ekstazę męską część audytorium. "Skandal, te wybory to jedno wielkie oszustwo" - komentowała głośno werdykt jury żaba, tuż po odpadnięciu z dalszych rozgrywek w pierwszej rundzie.
W wielkim finale trzy najpiękniejsze miały zaśpiewać swoją ulubioną piosenkę. Panda w ogóle nie zajarzyła zabawowego klimatu wieczoru i odśpiewała poważną XIX wieczną dumkę ukraińską "Miłości, ty kwiecie najsłodszy". Publisia gwizdała już przy pierwszym refrenie. Pani Ślimak pojechała w banał i zaśpiewała "W moim magicznym domu", też bez rewelacji. Później temperaturę na widowni podniosła Gorylowi, która brawurowo i kokieteryjnie odśpiewała przebój: Oopps, I did it again; jednak przepadł przez kiepski angielski akcent.
Zwyciężyła foka, która rozłożyła na łopatki i jury, i publiczność, przewrotnie decydując się na wykonanie znanego meksykańskiego hiciora: "A ja riba, ja riba". I teraz foka przez cały rok będzie łazić w koronie. Najważniejsze jednak, ze i zwierzaki, i dyrekcja ZOO były zachwycone imprezą. Na przyszły miesiąc już zapowiedziano zawody siłaczy i mistrzostwa w grillowaniu!!!  

Zapiski osobiste grabarza
Poniedziałek
Nowy tydzień zaczął się pomyślnie. Zupełny laicik!!! Obsługiwałem trzech, wszyscy trzej najwyraźniej totalne chuderlaki... Nawet się nie spociłem, choć słońce zdrowo grzało. Ale nie popadam w samozachwyt - wieczorem jak zwykle 100 pompek, ekspander i ćwiczenia rozciągające... Profesjonalizm...
A co to, nie wiem, że na moje miejsce czeka setka młodych grabarskich wilków, którzy marzą o chwili, aż nie dam rady? Spokojnie, dam radę...
Wtorek
Miałem przyjemny rajski sen - pogrzeb modelki anorektyczki... Żona się pyta, co mi się śniło, że się tak śmiałem, no więc mówię: "anorektyczna modelka". No i już, awantura gotowa. "Świnia", krzyczy żona, "Ale ona była nieżywa" - tłumaczę... "Świnia i w dodatku nekrofil" ... No i humor zepsuty na cały dzień, w robocie też raczej średnio zabawnie.
Środa
Nic nie piszę, łapy bolą, dzień koszmarny... Sześciu do obsługi, jeden grubszy od drugiego. Jak w lokomotywie Tuwima: "A w szóstym siedzą same grubasy, siedzą i jedzą tłuste kiełbasy"... I jeszcze szef się przyczepił, że pogorszył mi się styl pracy łopatą. Ponoć jestem za mało finezyjny; oj, będą czystki, będą czystki!!!
Czwartek
Obejrzałem przypadkiem program Grupy Monthy Pytona czy jakoś tak i skecz o wyścigu trumiennych karawanów. Bardzo niesmaczne żarty, bardzo niesmaczne... Powinni takich rzeczy nie puszczać!!!
Piątek
Jak zwykle przed weekendem - największy ruch... Na głównej cmentarnej alei zrobił się korek. Szef mówi, że jak tak dalej pójdzie, trzeba będzie założyć sygnalizację!!! Na razie, od czasu wypadku, czyli jakieś dwa miesiące, stoi policjant i kieruje ruchem... Ale to jest połowiczne rozwiązanie, przecież my jesteśmy wielki cmentarz, nie tam jakaś pipidówka!!!
Weekend
Ach, to lubię najbardziej - hobby, relaks, wypoczynek... Co tydzień wypoczywam tak samo, jadę za miasto, na działkę, chwytam łopatę i kopie grządki, kopie grządki... To mnie rajcuje jak harcerza podchody...

Nadgonitwa myśli
Kiedy przeciętnemu facetowi do studzienki kanalizacyjnej wpadnie telefon komórkowy, do jego głowy niczym galopujące rumaki wpadają dziesiątki myśli. Przyjrzyjmy się im:
Myśl 1 do myśli 16 - to myśli niecenzuralne, nawet jakbym je przytoczył, to i tak by ich niewyemitowano, wiec poprzestanę na stwierdzeniu, że są to myśli wstrętne, brzydkie i obrazoburcze wobec wszystkich i wszystkiego wokół
Myśl 17- Boże, nigdy nie miałem 17 myśli pod rząd
Myśl 18 - skoro tak dobrze mi idzie, to może wrócę do szkoły i zrobię maturę
Myśl 19 - dokładnie, świetna myśl
Myśl 20 - zaraz zadzwonię do mamy i jej o tym powiem, na pewno się ucieszy
Myśl 21 - Gdzie jest mój telefon
Myśl 22 do myśli 36 - to powrót do myśli niecenzuralnych, wstrętnych i obrazoburczych...
Myśli 37 już niestety nie ma, bo nieprzygotowany na taki wysiłek mózg nie daje rady. Wtedy przeciętny facet zaczyna na siłę wyciągać przyśrubowaną kratkę do studzienki kanalizacyjnej, a już totalny głąb idzie w amoku nad Wisłę sprawdzać, czy gdzieś tam jego koórka nie wypłynie...
Kiedy telefon komórkowy wpadnie do studzienki kanalizacyjnej przeciętnej kobiecie, do jej głowy także niczym galopujące rumaki wpadają dziesiątki myśli. Przyjrzyjmy się im:
Myśl 1 - Ojej, ale ze mnie fujarka!!!!
Myśl 2 - Ojej, ale ze mnie niezdara!!!
Myśl 3 - Ale przecież nic się nie stało, zaraz zadzwonię do swojego ukochanego, on przyjedzie, wyciągnie komórkę i będzie po sprawie
Myśl 4 - Gzie jest mój telefon?
Myśl 5 i myśl 6 - myśli niecenzuralne, niewarte przytoczenia;
Myśl 7 - trzeba działać
Myśl 8 - Co by zrobiła w takich okolicznościach doktor Zosia z ulubionego serialu
Myśl 9 - zadzwoniłaby do ukochanego
Myśl 10 - świetna myśl, uczynię tak i ja
Myśl 11 - gdzie jest mój telefon?
Myśl 12 do myśli 15 - myśli niecenzuralne
Myśl 16 - wiem, kupię kartę do automatu i z budki zadzwonię do ukochanego. Przyjedzie i będzie po sprawie...
Myśl 17 - Świetna myśl
Przeciętna kobieta realizuje plan, dzwoni z budki do ukochanego. Ten nie odbiera, nie ma możliwości, bo siedzi nad Wisłą i sprawdza, czy gdzieś tam wypływa jego komórka...

Kiedy telefon komórkowy wpada do studzienki kanalizacyjnej dresiarzowi, ten w ogóle nie myśli. Bez zastanowienia kradnie następną...

Współczesny slang
Już niedługo, oj, już bardzo niedługo nadejdą dni, kiedy powszechnie Obowiązujący język zastąpi młodzieżowo-hiphopowy slang. Będzie masakra i rzeźnia, oj, będzie się działo. W takim przykładowo pociągu pan ze skrzeczącego głośnika nie zaprosi nas do wagonu restauracyjnego WARS, który znajduje się w środku składu pociągu, ale powie: "Ziomale, pomyka z nami wagon do clubbingu. Można walnąć bro (co prawda 7 pelenów, ale schłodzony) i posłuchać oldskulowej muzy, bo boss wagonu męczy Gangiem Marcela i Bony Emem. Taki spoko chilaucik. Naraska"
Oczywiście, będzie dochodziło do niezłych hardkorów, no bo jak wytłumaczyć rolnikowi, że drabiniasty wóz wyładowany sianem to nie to samo, co "wypasiona fura"? A taki dyrektor przeciętnego ogrodu zoologicznego przeznaczy dodatkowe fundusze na ochronę zwierząt, bo usłyszy, że faceci chcą masowo "wyciągać foczki". Co o swoim tatusiu pomyśli sześcioletni szkrab, kiedy w środku lata usłyszy polecenie "idź na sanki"? Co z kolei ów tatuś pomyśli o swojej małżonce, kiedy ta tłumacząc swoją niechęć do porcji wieczornych pieszczot powie mu, że ma "zrytą pacynę"? No, ci z bardziej konserwatywnym podejściem do języka mogą przestać zdanżać...
Z kolei otworzą się wielkie pola triumfów dla ludzi łysych, którzy przecież z definicji są na maksa wyczesani. Łysi będą wkrótce master blaster i full wypas. Łysi roulez!!! A ci lamerzy w długich piórach będą mogli robić wybitkę do jakiegoś bantustanu...
Pojawią się, z pewnością, protesty innych laserów, że będzie trudno obczajać, o co biega w tym wszystkim, ale, mordeczki, nie ma co peniać, walę szczerą zabawkę z serducha: w telewziji zamiast profesora Miodka, swój językowy program będzie miał raper OSTR albo inny Wujek Samo Zło i wszystko pięknie wytłumaczy... To znaczy, chciałem powiedzieć, rozkmini!!! Narta!!!  

List
Szanowne Tele-zakupy
Chociaż nie, po krótkim namyśle odważę się zacząć od bardziej osobistej, a nawet intymnej apostrofy:
Moje kochane Telezakupy!!!
Wiem, różnie się o Was mówi: a to, że złodzieje, że wyłudzacie, że naciągacze, że sprzedawcy kitu, ale to nieprawda! Jest inaczej o przysłowiowe 360 procent... Nabyłem - drogą kupna i kosmicznego przypadku - komplet kosmicznych noży z nierdzewnej stali. A propos - w całym swoim życiu udało mi się spotkać tylko jednego człowieka, stryja Zbigniewa, który kupił sobie noże ze stali rdzewnej, ale stryjo był psychiczny.
Ale do rzeczy - otóż trzymam w ręku jeden z waszych kosmicznych noży i kroję żółty ser; żółty ser nie stawia najmniejszego oporu, pięć palców z rozkoszą i bez żadnego wysiłku zaciska się na kosmicznej rękojeści idealnie dopasowanej do mich pięciu palców, zamykam z błogością oczy - no, myślę sobie - to jest dopiero nóż - kiedy trach... niespodzianka i to ta z gatunku przykrych niespodzianek - wasz kosmiczny nóż przekroił mi stół śniadaniowy.
Całe szczęście pod blatem trzymam w szafce garnki i nóż zatrzymał się na rondlu - też z nierdzewnej stali. Ach, poszedł nóż po rondlu, czyli metaforycznie rzecz ujmując trafiła kosmiczna kosa na kosmiczny kamień... Jakby takich kosmicznych noży używać zamiast pił tarczowych, to taki dąb Bartek leżałby na glebie po 10 sekundach...
Ach, to tak się musiał czuć lord Vader wymachujący w Gwiezdnych Wojnach świetlistym mieczem. Z tymże tam to była filmowa fikcja, a tu rzeczywistość... Stół przecięty na pół.
Zatem zamawiam z waszego katalogu kosmiczny klej do wszystkiego. Poczta dostarcza go po tygodniu, biorę dwie połówki stołu i popełniam taktyczny błąd... Rozprowadzam kilka kropel waszego kosmicznego kleju palcem wskazującym i po chwili mój palec wskazujący stanowi nierozerwalną całość z blatem. Stoję jak głupek i nie wiem co robić: przecież nie będę łaził po świecie z połówką stołu śniadaniowego (na czym rodzina robiłaby kanapki? Albo jak wejść do zatłoczonego autobusu... Albo nawet zawiązać głupie sznurowadła?) Dramat...
Wiem, różnie się o was mówi: a to, że złodzieje, że wyłudzacie, że naciągacze, że sprzedawcy kitu, ale - kochane Tele-zakupy - to są oszczerstwa. Kaby ktoś, tak jak ja, tydzień czekał z palcem przyklejonym do stołu, aż mi poczta dostarczy wasz kosmiczny rozpuszczalnik, to by od razu głupoty przestał gadać.
Z kosmicznym pozdrowieniem - Wasz klient
PS. Wielkie dzięki za bonusa dla stałych odbiorców - kosmiczne trampki z odbiciem kangura. W sierpniu, na olimpiadzie w Atenach, w konkurencji skok wzwyż będę startował z numerem 56.  

Wrażenia poolimpijskie
Kiedy pokazują na zbliżeniu siódmą z kolei azjatycką mistrzynię sztangi, która właśnie podniosła ciężary o wadze wagonu kolejowego, to człowiek jakoś przestaje żałować, że nasze dostały baty.
Kiedy pokazują na zbliżeniu siódmą z kolei azjatycką mistrzynię judo, która własnie skręciła swoją rywalkę w coś na kształt śniadaniowego rogalika, człowiek ma pewność, że gdyby zmartwychwstał baron Pierre de Cobuertain, to od następnych igrzysk część konkurencji odbywałaby się w trzech kategoriach: mężczyźni, kobiety, azjatyckie siłaczki.
Kiedy pokazują na zbliżeniu siódmą z kolei azjatycką mistrzynię zapasów - człowiek przestaje się bać rotweillerów. Siedząca obok kobieta naszego życia z pewnego rodzaju wyższością chwyta w ręce pilnik do paznokietków oraz kolorowe piśmidło dla babeczek i stanowczym chrząknięciem ostrzega: "No, bo przestanę o siebie dbać!!!"
Zjawisko pod tytułem piękno sportu bierze nogi za pas i czym prędzej wpada na stadion lekkoatletyczny, gdzie - ach, ach - zmieniają się proporcje. Na bieżni rozciągają się przed startem sprinterskie łanie odziane w superhipermegaarcylikrokosmicznopodpobny kostium, który podobno pozwoli im przebiec o setną sekundę szybciej. Czy rzeczywiście szybciej niż w zwykłych gimnastycznych spodenkach, bawełnianym t-schircie i pepegach? Nie nam, kibicom, oceniać, ale nam, kibicom, wypada przyznać, że kostiumy są generalnie ok. i rzeczywiście opływowe.
Siedząca obok kobieta życia odkłada pilnik i piśmidło oraz ponownie chrząka znacząco: "Phi, jak bym pochodziła miesiąc na aerobik, to byłabym jak one". Są igrzyska, czas pokoju, nie chcąc więc wszczynać jałowych dyskusji człowiek odchrząkuje pogardliwie: "hm, no, na pewno, na pewno", ale od razu zostaje skontrowany chrząknięciem pełnym wrogości: "No, bo zaraz przełączymy na azjatyckie zapalniczki!!!"... Ok., ok., to ile chcesz na ten aerobik?
A po chwili znicz olimpijski rozpala się jeszcze bardziej... Gimnastyczki artystyczne.... No, cudowna sprawa. To się wydaje niewiarygodne, ale te kobiety potrafią się wygiąć w cztery strony świata jednocześnie!!! Wgapia się człowiek zawzięcie i udaje, że najbardziej pasjonującym zagadnieniem ludzkości jest obecnie kwestia, czy rumuńska kobieta guma dostanie 9,875 czy 9, 876 tysięcznych punkta.
Kobieta naszego życia prycha pogardliwie: "przecież to są jeszcze dziewczynki", ale ty nie odpowiadasz wprost, tylko tonem telewizyjnego eksperta rzuca idiotyczną uwagę typu: "w ostatnim elemencie ćwiczeń na równoważni powinna szybciej rozluźnić nadgarstki", albo: "Ech, spaliła ten układ z szarfą" i wszystko jest niby ok.
Oczywiście, niby ok., bo kobieta naszego zycia z znienacka zaczyna się pasjonowac męskim pływaniem, a z gazet wycina kolorowe fotki włoskich siatkarzy. Jeszcze potrafi pod koniec trzeciego seta bezczelnie cmoknąć: "Ech, ty bosko ścinający italiańcu" - człowiek to wytrzymuje, tylko ze smutkiem myśli: "kobieto naszego życia, gdybyś patrzyła się na mnie z takim zachwytem, to ja bym ci nie z takich piłek ścinał, nie z takich piłek walił asa serwisowego za asem serwisowym, nie takie bloki bym ustawiał". No, ale kiedy podczas prezentacji ósemki finalistów na 200 motylkiem kobieta naszego życia z zachwytem stwierdza: "No, no, ale mięska!!!", nie wytrzymujesz. Dosyć, igrzyska igrzyskami, podziw dla sportowców podziwem dla sportowców, ale bez przesady, musi być jakiś kompromis! No i jest kompromis!!! Znów oglądamy azjatyckie sztangistki, a na szyi kobiety naszego życia ponownie dumnie powiewa bezdyskusyjne złoty medal.

Z notatnika mojego psa
Zupełnym przypadkiem trafiłem na notatki mojego psa. Charakter pisma to może nie była wykwintna sztuka kaligraficzna, ale większość odczytywałem bez problemu. Kilka rzeczy zaintrygowało mnie dość mocno. Na przykład wpis z poniedziałku, siedemnastego:
" Pajacu, jak jeszcze raz rzucisz tego kija i krzykniesz swoje głupie aport, to ci przyniosę pchły na chatę, wytarzam się w twojej pościeli i masz trzy noce nieprzespane".
No proszę, a ja myślałem, że mu to sprawia radość, tak fajnie merdał ogonkiem. A tu, ooo, proszę , wpis ze środy, dziewiętnastego:
" Jak mój pan się wkurza, to mu łapy latają na wszystkie strony. Ja nie mogę machać rękami, bo bym się wyłożył, to macham ogonem. A głupek się cieszy i myśli, że wszystko ok.".
Głupek? O swoim panu i dobroczyńcy głupek? Czekaj, skończą się żaróweczki, zaczną podroby, kundlu jeden!
W kilku przypadkach jak najbardziej sprawdziło się porzekadło, że psy upodabniają się do swoich właścicieli; wpis z dwudziestego drugiego:
" Ele, ta sunia z trzeciej klatki to fantastyczna sunia jest; ekstraklasa lalka. Ale romanse z sąsiadkami źle się kończą, nawet jak już jest po wszystkim to trzeba się ukłonić i obwąchać. Ech, sunie, sunie".
Jest też wiele uwag dotyczących spraw bytowych. Tak wpisek z 28:
" Trzeci raz w tym tygodniu gryzę swoją poduchę, na której śpię od dzieciństwa. Nikt nie kuma, że za mała. Bez reakcji. Pomijając głupkowate zachwyty: ale się fajnie bawi swoją poduszką, no tak, zna ją od małego... He, pajacu, jakbyś do roboty latał w swoich niemowlęcych śpioszkach, też byś je gryzł ze złości co wieczór, zapewniam"
Mamy też sporo narzekań na codzienna egzystencję:
" dziś znowu zajęcia z tresury! Boże, jak mnie to wali!!! Ale jak patrzę na tych cieszących się kretynów, piejących z zachwytu, kiedy tylko wskoczę na słupek albo się przeczołgam kawałek, to w sumie co mi tam. Mogę skoczyć, mogę się przeczołgać...Ale żena jest niewyobrażalna"
Są także klasyczne, ewidentne narzekania. Wpis z 26:
" ta wyfiokowana pindzia - no, nieźle, będę musiał małżonce powtórzyć, co o niej sądzi jej ulubieniec - wzięła mnie do psiego fryzjera! Jarzysz? Do psiego fryzjera!!! No pewnie, szkoda, że nie do solarium, albo na kurs szydełkowania. Będę latał po osiedlu z lokami i robił wiochę. A sunia z trzeciej klatki wzgardzi i wyśmieje, normalnie horror".
Przeczytałem notatki do końca, zawołałem sojego czworonoga, pogłaskałem, za uchem podrapałem i mówię tak: ok., Azor, nie będzie aportowania i kursu tresury, nie będzie psich fryzjerów; będzie nowa poducha i spacery z tą sunia z trzeciej klatki. Ale Azor, szczerośc za szczerość - Dostojewskim to ty nigdy nie będziesz, czworonogu ty, tak?

DYLEMAT
W życiu każdego prawdziwego faceta są tak naprawdę - czy może aż - trzy dramatyczne momenty.
Pierwszy - to chwila, kiedy uświadamiamy sobie, ze nigdy nie strzelimy decydującej bramki na Wembley w 90. minucie meczu;
Drugi - kiedy dowiadujemy się, że szkolna miss ma nas gdzieś, a jej serce zdobył łysy olbrzym w ramonesce i glanach;
Trzeci - kiedy idziemy z wizytą na pierwszy obiad do rodziców naszej przyszłej żony.
Na dwie pierwsze chwile niewiele można poradzić, tak już jest i koniec. Co do pierwszej wizyty u potencjalnych teściów - ooo, tu sprawa ma się nieco inaczej. Poniekąd wiadomo, jak się zachować na samym początku: wejść, uśmiechnąć się, pochwalić wystrój mieszkania, zdjąć płaszcz, pochwalić wystrój przedpokoju, wejść do dużego pokoju, pochwalić wystrój dużego pokoju, uśmiechnąć się, pochwalić dyskretnie kreację potencjalnej teściowej, siąść do stołu, pochwalić zbiór znaczków przyszłego teścia (uwaga; jeśli przyszły teść nie zbiera znaczków - nie chwalić; pochwalić coś, co zbiera; jak nic nie zbiera - pochwalić ogólnie teścia i zapytać o motoryzację), uśmiechnąć się, zjeść zupę, pochwalić zupę; zjeść drugie, pochwalić drugie; gdy się przyszłemu teściowi niechcący odbije - konsekwentnie chwalić jakość odbicia; wypić kompot, pochwalić kompot, zjeść deser, pochwalić deser...
Do tego momentu wszystko idzie gładko, ale później stajemy przed gigantycznym dylematem. Otóż przyszły teść - gdzieś tak w 4,5 minuty po deserze dziarsko zaciera ręce i mówi: No, wiadomo, że jak się Polak z Polakiem przy stole spotykają, to nie może wódeczki zabraknąć - i wyciąga z barku butelczynę.
Drogi młody mężczyzno!!! Uwaga!!! Właśnie zaczął się test, w dodatku test, którego praktycznie nie można zdać pozytywnie. Ustawiają przed tobą wypełniony kieliszek. Jeśli pochwalisz pomysł -z miejsca łapiesz minusa u potencjalnej teściowej; jeśliodmówisz - teściu będzie cię miał za miękką faję!!!
Kombinujesz więc tak - u teściowej będziesz miał prędzej czy później przechlapane i tak, więc chwalisz pomysł. Teść uśmiecha się znacząco i patrzy, co zrobisz dalej...
Otóż to - jak wypić tego kielicha? Czy z gestem znawcy i konesera trzepnąć lufę, uśmiechnąć się, nie zapijać, tylko poprosić o tzw. Drugą nóżkę, czy właśnie inaczej: z nieśmiałością debiutanta wypić mały łyczek, zakrztusić się nieudolnie, zaczerwienić się i rzucić głupi żarcik w stylu: "Ech, ech, tak tej wódki nie lubię, że ją muszę lać w pysk, ha, ha, ha"...
A w dalszej części obiadu? Pić twardo i demonstrować mocną głowę, czy też udawać trafionego i pytać o możliwość noclegu?
Nie ma, no nie ma dobrego wyjścia z tej sytuacji. Znaczy jest jedno. Ryzykowne, ale jest. Otóż należy sobie szukać przyszłych żon wśród dziewczyn przyjezdnych z innych miast i teściów spotkać dopiero na weselu. Wtedy już nic się nie da odwrócić...  

Trochę egzotyki w naszym miasteczku
Do naszego miasteczka miał przyjechać pan Joga z autorskim programem. Powieszono stoosowny plakat, ale tutejszy Komkitet Ochrony Przyzwoitości dokleił na plakacie własną kartkę, gdzie napisano, że Joga to żeńska odmiana jogurtu, żeby sie nie dać nabrać na badziewie iżeby wszyscy porządni zostali w domu i oglądali seriale promujące podstawowe wartości rodzinne.
Wrogapropoaganda zadziałała - sprzedały się raptem trzy bilety; dwa kupiło małżeństwo ateistów, trzeci tutejszy wywrotowiec i prowokator. Zatem kierwonictwo Domu Kultury zmieniło błyskawicznie treść afisza i powieszono kolejny plakat, tym razem informujący o wystepie pana Fakira. Co ptrawda komitet Ochrony Przyzwoitości ponownie dokleił własną kartkę informując, że Fakir to łacińska transkrypcja popularnego angielskiego wulgarzymu, ale był to klasyczny gol do własnej bramki, gdyż ta adnotacja jedynie nakręciła koniunkturę. Gdzieś tak około setki powitało więc w sobotni wieczór burmistrza, który w okolicznościowym słowie wstępnym przypomniał zagranicznych artystów goszczących w naszym miasteczku (w połowie lat 80 singapurska podróbka grupy Boney M., na sylwestra 2000 bułgarski zespół pieśni i tańca "Kryłatskoje", wreszcie teraz pan Fakir) i show się rozpoczął.
W pierwszym numerze pan Fakir wybił pięścią dziurę w desce grubej na 10 centymetrów. Ale zamiast aplauzu i frenetycznych braw pojawiły się złośliwe komentarzyki: - Kurde balance, strach takiego na chatę zaprosić, bo przyjdzie, zapuka i se trzeba nowe drzwi wstawiać...
Pan Fakir zorientował się, że mu nie idzie, że ma kłopoty ze złapaniem kontaktu z publicznością, zatem - starą metodą estradową - chciał włączyć publiczność do czynnego udziału w koncercie: pięciu ochotników miało porozbijać puste butelski po piwie i oranżadzie. Ale nasi obywatele nie na darmo przeszli lekcję dzikiego kapitalizmu i dawaj kraść połowę butelek, bo to za jedną mozna dostać w skupie 35 groszy. I pan Fakir, zamiast wytarzac się w fontannie szklanych okruchów, położył się na załosnych resztkach. Aplauzu znów nie było, a - szczerze mówiąc - wyglądało to żenująco...
Zaś gwoździem programu pana Fakira było wbijanie gwoździ za pomocą głowy pana Fakira. Ale znowu klapa: - Człowieku, my do tego używamy młotka - rozległ się polski, bezkompromisowy, ale jakże praktyczny komentarz z trzeciego rzędu i nie dopuścili Fakira nawet do grzecznoościowego bisa...
Włodarze Domu Kultury nieco byli podłamani, bo na przyszły miesiąc mieli już umowę z mistrzem karate i Takewondo, ale w takich okolicznościach trzeba będzie odwołać, zresztą frekwencja byłaby znikoma. Cóż, zostaje tradycyjne kółko filatelistycznei prszedstawienie amatorskiego teatru lalkowego dla latorośli!!!

Mało wyszukana mowa wiązana o pewnej firmie
Nasza firma to jest nasze życie
Nasza firma ma świetną strukturę
W naszej firmie tkwi prezes na szczycie
No a reszta prezesa pcha w górę
Lecz zbyt wielu jest chetnych do pchania
Wszyscy o pchaniu prezesa marzą
By uniknąć więc zamieszania
Bezpośrednio prezesa pcha zarząd
Lecz by zarząd też mógł piąć sie w górę
Co się w firmie tez mocno liczy
Mocno w górę pcha całą strukturę
Szczebel średni, choć też kierowniczy
Jednak kto szczebel średni nam wesprze?
Szczebel średni to rzecz w firmie droga
Jak w cudownie zgranej orkiestrze
Szczebel średni wesprze załoga
No i teraz są małe kłopoty
Kto załodze poda swe ramię?
Został jeden do czarnej roboty
Został nocny dozorca - pan Franek!
Wiosna, lato, jesień czy zima
Warto wierzyć, choć jak chcecie nie wierzcie
Na swych barkach stróż Franek utrzyma
Szefa, zarząd, szczebel sredni i resztę
Więc struktura jest jak piękna kochanka
Nieco gorsze są statystyki
No i proszę, przez dozorcę Franka
Mamy takie do dupy wyniki!!!

Towarzyska gra rodzinna
Synku!!! Syneczku!!!, Chodź, zagrasz z tatą w tę grę, co ci przyniósł Mikołaj na gwiazdkę... Chodź, zagramy... Nie będzie tata oszukiwał, nie będzie. Jak mówi, że nie będzie, to nie będzie, jasne?!!! Dobrze nie grajmy, nie ma obowiązku... To się ubieraj i idziemy z wizytą do cioci... Aaa, mówiłem, że lepiej zagrać, mówiłem?
Dobrze, jaki chcesz byc pionek... Nie, ja zawsze byłem fioletowy, fioletowy jest mój! Jeszcze cię na świecie nie było, to zawsze grałem fioletowym. Widzicie go, szkół nie pokończył, w krótkich majtkach lata, ale ojcu pionka zabrać to pierwszy.
Czytam instrukcję... grę zaczyna ten z graczy, który wyrzuci większą liczbę oczek. Pirewszy! Rzucam, rzucam jest czwóreczka, wypadła, teraz ty! I co, pobijesz czy spękasz... Rzucasz... Oszukujesz, nie rzuciłeś piątki, tylko ustawiłeś palcami!!! Tak, ustawiłeś palcami, tylko lekko obróciłem głowę w stronę telewizji, żeby rzucić okiem na ulubioną reklamę majonezu, a ty już, szachraju, żeś sobie piątkę na kostce ustawił. Co, małycwaniaczek, tak?
To jeszcze raz rzucaj i nie będzie kwestii... Rzucaj, nie patrze na telewizor, patrze na ciebie, czy nie kantujesz... no i... no i... dwójka wpoadła, kanaciarzu!!! Mówiłem, że wtedy piątki nie mogło być, tylko ją palcami ustawiłeś... Oliwa zawsze na wierzch wypływa, mówi ci to coś, głąbie?
Tata zaczyna!!! Proszę, rzucam trójke i stoję na polu "zadania specjalne". Biorę kartę, czytam zadanie: "Powiedz, ile jest 7x8?" Nie wiedziałem, że z matematyki też są zadania specjalne, bym sie przygotował... Co za głupie uśmieszki, co za głupie uśmieszki, co taki jesteś mądry, wiesz? Jakbys przykładowo ty taką kartę wylosował to co byś powiedział, co? Tearz taki mądry, a co byś powiedział, jakby na ciebie padło? Słucham... aaa, widzisz, nie wiesz, to masz trzy kolejki karne na podszkolenie się z tabliczki mnożenia i trzy razy pod rząd rzucam ja... Co z tego, że nie am w regulaminie takich zasad, jakbyś znał tabliczkę mnożenia, tobyśmy się trzymali tregulaminu, a tak to gra jest pedagogiczna i wychowawcza!!!
Rzut peirwszy: piątka, kupuje dom, drugi, czwórka, wchodze do bazy, i szóstka, mijam metę, pobieram premię... Teraz ty, grasz, ciumcioku matematyczny... Czemu nie grasz, co, z tatą nie chcesz zagrać? Tata ci czas poświęca, a ty z tatą w grę planszową nie chcesz walnąć? Lepiej ci komputery smakują, tak nawalanka, a nie intelektualna rozrywka!!! Dobfrze, nie będzie gier planszowych, nie będzie gier planszowych, jak nie chcesz. Od jutra zaczynamy treninigi bosku!!!  

HOMO SPAIENS NA MARSIE
A zatem stało się! Po ponad 100 latach starań, porażek, ekesperymentów, homo spaiens zaczął sie osiedlać na Marsie. Nie ukrywajmy - przecież to nasze wielkie osiągnięcie - że znaczącą rolę w tym sukcesie odniósł polski kosmonauta, Piotr Kubacki, który wespół z niemickim towarzyzsem drogi, Hansem Weismulerrem przygotowali niezbedne warunki dl apowstania nowych cywilizacji. . Dlatego też Mars został podzielony na dwie strefy wpływów - niemicką i polską - które zaczęły być urządzane na modłę swoich nowych właścicieli.
I tak Niemcy zaczęli od budowy autostrad i sieci dróg lokalnych. Polacy od rozpisania przetargu na budowę autostrad i siecidróg lokalnych, który wygrała firma szwagra organizująca przeatrg.
3 pierwsze budynki uzyteczności publicznej, jakie zostały oddane po stronie niemieckiej to ambasada, lotnisko i hotel. Po stronie polskiej 3 pierwsze budynki to kościół, siłka i monopolowy nocny!
100 procent dostepnego cementu po stronie niemieckiej idzie na osiedle domków jednorodzinnych. Dla Polaków domki jednorodzinne to pomysł zbyt banalny, za to mamy 194 pomniki papieża, 216 Piłsudskich i 300 hipermarketów.
Wreszcie zaczynają przylatywać nowi mieszkańcy Marsa, Niemcy i Poalcy. Niemcy zaczynają od uchwalenia budżetu i katalogu podstawowych praw. Polacy też już by to zrobili, ale muszą roztrzygnąć, czy kosmonauta Kubacki nie był agentem, bo podobno sa na niego kwity i czy zona Kubackiego zgodnie z prawem pobierała wynagrodzenie zasiadając w fundacji rolniczej "Kombajny na start".
Nowe marsjańskie tereny okazują się być niezwykle łakomym kąskiem dla innych państw, więć 90 procent budżetu niemieckiej obrony narodowej idzie na szkolenie zołnierzy do działań w nowych warunkach. Z kolei 90 proc polskiego budzetu jest przeznaczonych na prowadzenie misji stabiliozacyjnej na Jowiszu. Joiwszanie są dumni i wdzięczni!
Oczywiście, nowy lad, mnóstwo pracy, ale nie można zapomniać o rozrywkach. Po stronie niemieckiej zbudowano dla dzieci place zabaw, dla dorosłych boiska, korty, kina i teatry. U nas sprawę załatwiono raz a dobrze - zorganiozwano wielki festyn - zagrały Kaja Paschalska, Beata Kozidrak i Budka Suflera, a dochód z festynu przeznaczono na zakup cegiełek, z których zostanie zbudowana nowa skocznia narciarska. Mamut!!!
I teraz, nie wiedzieć czemu, po pól roku po otwarciu Marsa dla obywateli mieszkańcy strony polskiej dopytuja o możliwość zdobycia azylu po stronie niemieckiej. Politycy prawicy uważają, że to wszystko przez postkomunistów!!! A inni mówią, że gdyby nie Balcerowicz, to inaczej by to dziś wyglądało!!!
 

W poszukiwaniu człowieka śniegu
Ponieważ Edyta Górniak zabroniła nam, dziennikarzy prasy brukowej, pisać na swój temat, a trzeba było konsekwentnie utrzymac wysoki poziom wierszówki, pojechaliśmy w Himalaje szukać legendarnego czowieka śniegu... Tak jest, pochwalił nasz pomysł redaktor naczelny, Yeti to temat zawsze na czasie, a gdyby się udało pyknąć zdjątko, jak Yeti zjada, lub w najgorszym razie gwałci jakiegoś alpinistę, no to premie będą jak się patrzy!
Pojechaliśmy we czwórkę, ale jeden z nas od razu zamarzł, więc tylko wzięlismy jego zapas żarcia i kolekcje znaczków pocztowych, z którą kolega zmarźluch nigdy się nie rozstawał i juz jako trio dziennikarskich hien z pism brukowych zaczęliśmy tropić człowieka śniegu.
Łazimy, łazimy, łazimy, tydzień, dwa tygodnie, miesiąc, pół roku, człowieka śniegu jak nie ma, tak nie ma... Cholera wie, może gdzies do sanatorium pojechał, albo kupił sobie dekoder i ogląda zachodnie ligi piłkarskie, nawet, kurka wodna, legendarnego odbicia wielkich stóp nie udało się nam zobaczyć.
Za to zza każdej himalajskiej skały wygląda paparazzi z aparatem, że jeśliby gdzies w okolicy jego skały Yeti się pzrespacerował, to miałby fotki na wyłączność, super premię, a pewno i nagrodę pulitzera.
Aha, myśli nasze trio dziennikarskich hien z pism brukowych, aż taka, wystawcie sobie drodzy państwo, konkurencja w temacie człowieka śniegu!
I od razu rodzą się konflikty, bo jak jakis alpinista idzie się wedzreć na himalajskie szczyty, to od razu się paparazzi wydzierają, że za dużo hałasu taka ekspedycja robi i się Yeti po prostu może sploszyć...
Przyznam szczerze - po roku zacząłem mieć dość... Gdyby nie - he he - honor dziennikarskiej hieny z prasy brukowej, to bym sobie od razu dał na wstrzymanie. I okazało się - cierpliwość popłaciła. Patrzymy bowiem rano, a tuż przed naszym namiotem odbity na śniegu ślad stopy tak dziwnej, że to na pewno nie człowiek, ani klasyczne zwierzę być nie mogło. Pojaiwła się hipoteza, że przed naszym namiotem przeszedł słoń z platfusem, ale została odrzucona jako zbyt mało prawdopodobna. Zwłaszcza, ze słoń platfus musiałby iść na dwóch tylnich łapach. Słoń platfus, w dodatku akrobata? Nie, to byłby za duży przypadek...
Ach, jaka radość i nadzieja w serca nasze wstapiła... Bez sniadania ruszyliśmy po śladach, aby Yetiego złapać i obfotografować. Idziemy, idziemy, ślady pięknie zachowane, widać, że przed chwilą Yeti tu był, mijamy jedną skałę, druga skałę, wychodzimy na wielką polanę i... co za pech, co za rozczarowanie. To nie był Yeti! To był potwór z Loch Ness na feriach zimowych w Himalajach. Wróciliśmy do domu z niczym!!!  

Komisja blokowa
W naszym bloku ktoś, kuśtawka, ewidentnie robi na złość... A bo to chyba nie może być przypadek, że normalnie, kuśtawka, winda jest ciągle zepsuta, zsyp zapchany i domofon rozwalony, że już o ogólnym syfie nie wspomnę. I co, samo by to się miało zrobić?. Nie ma kuśtawka takiej możliwości...
Dlatego powołalismy, kustawka, komisję, która podejrzanych wytypuje, wskaże i ukarze. Na czele komisji stanął pan Romek, który moze nie jest specjalnie lotny, ale ma papiery, że od 23 pokoleń jest rdzennym Polakiem, w dodatku imię - Roman!!! Jesli ktoś ma imię Roman, to kuśtawka, nie ma zmiłuj, musi w komisji zasiadać, choćby i matołęm był. No i dawaj pod oblicze komisji wzywać podejrzanych albo takich, co nawet nie są podejrzani, ale prawie na pewno winni.
Od razu na pierwszy ogień poszedł pan Stolzman spod dziewiątki, który podczas ostatnich wakacji grywał w tenisa z rezydentem obcego wywiadu. Sa na to, kuśtawka, stosowne zdjęcia i dokumenty. Tłumaczenia Stolzmana były mętne: "Owszem, grałem, ale nie na punkty", więc nie było wątpliwości - jak ktoś z agentem w tenisa naparza, to co, windy specjalnie nie rozwali? Wiadomo, kuśtawka, że rozwali i jeszcze będzie z tego dumny.
I już mu przewodniczący Romek zasądził podwójny czynsz.
A Grochowiakowa spod 14? W zasadzie nic na nią nie ma, ale, kuśtawka, kolędy nie przyjęła... Jedni przyjmują księdza, drudzy w tym czasie zapychają zsypy, to chyba jasne, co? A jak już kogoś stać na zapchanie zsypu,to go tez stać na nawalanie wielkim kamlotem po tabliczce domofonu. Żeby porządnym, kuśtawka, ludziom było ciężej. I tu Romek nie tylko podwójny czynsz nakazał, ale aluzyjnie Grochowiakowej wręczył kilka wizytówek firm, które się zajmują przeprowadzkami!!!
Albo taki pan Sztyrc, który w naszej, porzadnej, rdzennie polskiej klatce mieszka pod numerem 69... Przeciez to jawna prowokacja!!! W dodatku Sztyrc jest ewidentnie garbaty. A wiadomo, garbaci, kustawka, spiskują, albo przynajmniej peta na podłogę rzucą... Co prawda Sztyrc nie pali, ale taki element to gotów z podwórka peta przynieść i specjalnie na klatke rzucić. Albo przynajmniej na klatkę napluć! Potrójny czynsz i codzienne dyżury ze szmatą do czyszczenia podłóg. Na mokro!
Sprwaców namierzono, kary nałożono i wyegzekwowano. Stolzmanowi Grochowiakowej i Sztyrcowi nikt się nie kłania. Domofon dalej rozwalony,winda stoi, tylko zsyp sie przepchał. Czyli co - opłaciło się!!! No i jeszcze przewodniczący Romek dziarsko do góry nosa zadarł i wszystkich wypytuje, kiedy sa najbliższe wybory na radnego...


List otwarty do brytyjskiego księcia Harry'ego
Wielce Szanwony Mości Książe!!!
Piszę do Pana w niezbyt sympatycznej i ciekawej sprawie, ale za to z sympatyczną i ciekawą propozycją. Otóż media doniosły, że podczas ostatniej zabawy karnawałowej błysnął Pan wyrafinowanym poczuciem humoru i przebrał się Pan za nazistę.
No cóż, głupich nie sieją, sami się rodzą i tu można byłoby zakończyć. Ale jedna sprawa mocno mnie zaintrygowała. Podobno pański tata, sam książe Karol postanowił za karę wysłać Pana do Polski, żeby na własne oczy zobaczył Pan muzeum w Oświęcimiu. I tu zaczyna się robić ciekawie - model wychowawczy polegający na tym, że ojciec każe synowi jeździć za karę po świecie i oglądać miejsca, z którym związane są jego grzechy to naprawdę wielka szansa na ciekawą przygodę. W końcu kto nie lubi podróżować.
Dlatego, Wielce Szanowny Mości Książe, proponuje, aby na przyszłorocznej zabawie karnawałowej przebrał się Pan za Nerona i dał do zeżarcia lwom paru chrześcijan. Za karę pojedzie Pan sobie do Rzymu i zwiedzi Coloseum.
A za dwa lata niech się pan przebierze za faraona i każe dźwigać swojemu giermkowi ciężkie kamloty - od razu zaliczy Pan egipskie piramidy i sfinksa.
Później trzeba być konsekwentnym - proszę ściąć głowę dowolnego przywódcy związkowego za pomocą gilotyny - zobaczy pan Paryż.
Proszę ze swojego książęcego statku huknąć z armaty w stronę dowolnego pałacu - pojedziesz Pan sobie zwiedzić Rosję...
Woli Pan cieplejsze klimaty? Proszę bardzo, można się przebrać za generała Franco i słoneczne plaże Katalonii są w Pana zasięgu.
A jak by Pan z własnej inicjatywy wybrał się do Sarajewa i walnął w jakiegoś arcyksięcia, to kto wie, może by się zaczęła większa zadyma?
A gdyby Pan tak wdrapał się na jakiś wieżowiec i zrzucił z niego dowolnego psa, to ojciec najpewniej wysłałby Pana w kosmos, aby na własnej skórze poczuł Pan co czuł wstanie nieważkości piesek Łajka... Jest jakiś pomysł, prawda?
A propos wieżowiec - w przypadku kilku innych miejsc zalecałbym ostrożność w dobiearniu metod... Jeśli na przykład zamarzy się Panu wizyta w Nowym Jorku - nie przebierałbym się za fundamentalistycznego taliba i nie uderzałbym samolotem w wieżowiec, bo to mogłaby być ostatnia wycieczka w ogóle.
Z podobnych przyczyn gdyby miał Pan ochotę na odwiedzenie bazy Pearl Harbor nie naśladowałbym japońskich kamikadze...
Życzę miłych podróży i wielu wrażeń
Ściskam serdecznie i pozdrawiam
Tomek Jachimek
Kabaret Jachim Presents
Polska
Ps. Polska to jest właśnie ten kraj, do którego musi Pan za karę przyjechać!

<< Powrót

życzenia urodzinowe ślubne zyczenia urodzinowe zyczenia imieninowe zaproszenia milosne wyznania śmieszne życzenia urodzinowe życzenia

Copyright © 2005 listonosz.net - witryny internetowe www.natjar.com