Dwudniowa przepustka, dwudniowa
przepustka
Właśnie sobie jadą na nią żołnierze
Do ich
zachowania, do ich zachowania
Absolutnie nie ma
zastrzeżeń
Pięknie uśmiechnięci, ślicznie uczesani
Dobrotliwi,
grzeczni, niewinni
Dobrze ułożeni, świetnie
wychowani
Sympatyczni, mili, uczynni
A gdy na peronie, a gdy
na peronie
Ktoś żołnierze popchnie szkaradnie
Żadne brzydkie
słowo, żadne brzydkie słowo
Z ust żołnierza nigdy nie
padnie
Jeszcze się uśmiechnie, jeszcze zrobi przejście
Chociaż
wszyscy pchają się podli
A on spokojniutko usiądzie w
przedziale
Coś poczyta lub się pomodli
A gdy do przedziału
pełnego żołnierzy
Wejdzie sobie ponętna panienka
Nikt nie
komentuje, wyposzczonym wzrokiem
Nikt panienki ładnej nie
nęka
Nie patrzą na dekolt, nie patrzą na nogi
Cała podróż
biegnie wzorowo
Gdy panienka pragnie przerwać spokój
błogi
Wtedy grzeczną bawią rozmową
Żołnierze są trzeźwi,
żołnierze są trzeźwi
Papierosów absolutnie nie palą
Żeby się
orzeźwić, żeby się orzeźwić
Wezmą soku, nigdy browaru
Zaś na
zakończenie trzeba tu podkreślić
Choć to jasno z tekstu
wynika
Że do Częstochowy jadą dziś żołnierze
Ojca Tadeusza
Rydzyka
Ta
wiadomość z trudem przechodzi mi przez gardło, ale prawda - doprawdy
- jest tragiczna: Major Feliksiak nie żyje. Major Feliksiak, autor
niezapomnianych aforyzmów i złotych myśli, dla przykładu: "raz, raz,
raz, zbiórka w dwuszeregu, orangutany, raz, raz, raz, biegusiem",
albo inny przykład: "To były moje ostatnie słowa, orangutany, od tej
chwili będę walił w mordę".
No, a że słowo majora święta rzecz,
to walił, a policzki moje i moich kolegów trzaskały niczym sekcja
instrumentów blaszanych w miejskiej filharmonii. Taa, major
Feliksiak, tylko nieliczni poznali się na jego talencie
aforystycznym: gdyby Stanisław Jerzy Lec nie opublikował swoich
myśli nieuczesanych, to major Feliksiak też nigdy by ich nie
przeczytał.
Potrfaił nas w każdej chwili zaskoczyć: do dziś
pamiętam, jak z kolegami z oddziału wyglądamy za okno, a major
Feliskiak idzie przez plac manewrowy i ma bicepsy poobwijane
ostatnimi numerami "Żołnierza Wolności". Najodważniejszy z nas, rudy
Krzychu krzyczy więc: "Majorze, a po co panu te gazety na
ramionach?". A major Feliksiak: "Co, nie słyszeliście, orangutany,
że he, he, he prasa wyolbrzymia?!!!"
Najbardziej jednak podobała
mi się u majora Feliksiaka konsekwencja w działaniu!!! Tak jest,
konsekwencja i normalnie nieomylność. Jak się raz założył, że nauczy
psa gadać ludzkim głosem, to biedna psina przez okrągły rok szamała
jedynie wigilijny opłatek. Pies już zaczynał wydawać
charakterystyczne charkoty (taki major Feliksiak po bankiecie), ale
niestety padł z głodu. A z pewnością w ciągu góra tygodnia zdolna
sabaka powiedziałaby całą "Inwokację"
A jak rwał kobitki? Jak
kobitki rwał? Żadna mu nie odmówiła, żadna nie miała prawa odmówić,
ale miał swoje genialne, niezawodne sposoby. Podchodził do wybranki,
walił blachę w czoło, wykręcał lewą rękę i romantycznie szeptał do
ucha: "No chodź, no chodź, no chodź!!!" I szły panny sznurem za
Feliksiakowym mundurem. Jedna mu odmówiła - żona pułkownika
konkretnie. Kiedy Feliksiak sprzedał jej blachę w czoło i wykręcił
rękę - zona porucznika przyniosła mu kapcie, podała rosół i zaczęła
prasować. Kiedy z kolei wykręcił prawą rekę żona porucznika wykonała
okolicznościowy utwór artystyczny: "dziękujemy ci, NATO".
Aż
wreszcie ta tragiczna wiadomość, podobno pokłócił się z jakimś
kierowcą, poszło o drobiazgi, Feliksiak na początku tłumaczył mu jak
komuś dobremu: "Nie będziesz, orangutanie, jeździł po placu w
godzinach do tego nie przeznaczonych". No to ten kierowca coś
powiedział o matce Feliskiaka, z kolei Feliksiak też coś o rodzinie
zaczął gadać, bo powiedział kierowcy, że on jest czyimś tam synem
czy jakoś tak i spierali się dobry kwadrans, po czym kierowca
ruszył. Po następnym kwadransie rozpoczęto rozsyłać wiadomości o
pogrzebie majora. A my do dziś zastanawiamy się: czy naprawdę
Feliksiak wściekł się do tego stopnia, że nie był w stanie rozpoznać
drogowego walca?
Brzydkiej kasjerce z
supermarketu
Od morza, przez Łódź, aż po Tatry
Nikt nie
funduje kinowych biletów
Nie dla niej galerie, teatry
Jej cel
to wklepanie towaru w kasę
A tych towarów jest cała
lista
Jogurt, kajzerki i ananasy
Inne rośliny lub
czasopisma
Zaś po wklepaniu całej tej listy
Wraca do dzieci,
do garów
Nadgarstki silne jak u kulturysty
Od przekładania
towarów
Jej biust w firmowy fartuch odziany
Na szyi broszka
lub koral
Paznokieć pęknięty, acz pomalowany
Najnowszą,
najlepszą podróbką Diora
Zaś nocą marznie bez pieszczot
ciało
Choć chłopów jest wokół bez liku
Ochroniarz Wacław z
działu nabiału
Ochroniarz Zdzichu z regału słoików
I nawet w
lipcu noc dla niej zimna
I nawet w sierpniu śnieg na nią
sypnie
W pośladek nie szczypnie Bogusław Linda
I Małysz też
jej nie szczypnie
A ty masz gdzieś, że ją bolą korzonki
A ty
masz gdzieś, że w wątrobie ją kuje
Ty ją przeklinasz, że czekasz
w ogonku
Ty ją przeklinasz, że wolno kasuje
Zaś ona musi
wytrzymać presję
Zdenerwowanej kolejko-masy
Ech, każda marzy
by zmienić profesję
W innym wariancie - by rąbnąć coś z
kasy
Jednak za mało w niej bezczelności
Za mało chamskiego
tupetu
Cóż, dołujące okoliczności
Brzydkiej kasjerki z
supermarketu
I teraz pomyśl sam, przyjacielu
Czyż nie jesteś
nazbyt wygodny
Gdy ci się nie chce pogrzebać w portfelu
Jak
ona cię prosi o drobne?
Odwiedził mnie
anioł stróż. Siadł na krzesełku, bez pytania poczęstował się moimi
papierosami, bez pytania o zgodę zapalił, po czym przemówił:
-
Słuchaj, stary, ja ciebie za ostatnią środę bardzo mocno
przepraszam. Naprawdę wielkie sorki!!! Jakiś kiepski dzień miałem,
nie wiem, niskie ciśnienie, źle spałem, jakieś podziębionko, no nie
wiem co, ale kompletnie byłem bez formy... No ale do rzeczy, jak
wtedy wszedłeś na przejście dla pieszych, to z naprzeciwka szła taka
fajna brunetka... Ty się za nią obejrzałeś, ja się obejrzałem, obaj
niemal automatycznie się zatrzymaliśmy, co by nieco dłużej się
pogapić... I ja w ogóle nie zauważyłem tej ciężarówki, przecież ona
pruła jak na odcinku specjalnym Rajdu Paryż - Dakar! No i cię
huknęła! Przez chwilę to nawet zabawnie wyglądało, bo dyndałeś na
przedniej szybie jak maskotka kierowcy, taki, wiesz, pluszowy misiak
albo małpka!
No dobra, myślę, co się stało, to się nie odstanie,
czasu nie cofnę, bo ja jestem anioł stróż, a nie cudotwórca, więc
dzwonię po karetkę. Przyjechali, zapakowali cię na nosze i, myślę
sobie, dobra jest, po wszystkim... Nie ty pierwszy, nie ostatni pod
ciężarówkę wpadłeś, jakoś się wyliżesz. Ale wiesz, ja jestem anioł
stróż, nie prorok- wróżbita, skąd mogłem wiedzieć, że sanitariusz
miał akurat imieniny? No skąd? Dowiedziałem się już na miejscu, w
szpitalu, jak mu się nosze wymsknęły i zjeżdżałeś schodami z
trzeciego piętra. Nawet zabawnie to wyglądało - jak bobsleista z
Jamajki - kiepsko stylistycznie, zero techniki, ale zaangażowanie
maksymalne.
Chciałem nawet złapać te nosze, ale o ile na początku
leciałeś niczym pośpieszny, to od drugiego pietra w dół, do samej
mety to już było Inter City. I tak dobrze, że nie francuskie TGV...
Tak czy owak jechałeś za szybko, abym cię wyprzedził i otworzył na
oścież drzwi wyjściowe. No i po chwili szklane drzwi zmieniły się w
puzzle z 20-tysięcy części. Aha, właśnie, jak ci się nie uda skleić,
to rodzina będzie musiała zapłacić.
W końcu położyli cię na
szpitalnym łóżku, daleko nie mieli, więc myślę, że to koniec
przygód, gdzie jak gdzie, ale w szpitalu, to ci nic nie grozi... Z
tymże wiesz, ja to jestem anioł stróż, nie pracownik laboratorium i
nijak nie mogłem wiedzieć, że ta jajecznica na kolację będzie z
salmonellą. Zresztą szamałeś tak, że aż ci się uszy trzęsły, to
znaczy prawe ucho ci się trzęsło, bo lewe straciłeś przy finiszu na
szklanych drzwiach... Tak, 20 tysięcy kawałków, oj będzie
łamigłówka!!!
Ale mówię dalej jak było - jeszcze cię nawet
salmonella, a tu już - bach - przewożą cię do innej sali, gdzie
jakiś gość w zielonym kitlu i masce na twarzy przymierza się do
ciebie ze skalpelem. Mówię sobie - nie, dosyć, wpadłeś pod samochód,
zleciałeś ze schodów, zatrułeś się, ale zadźgać to cię nie
pozwolę... W końcu jestem twój anioł stróż! I szarpie się z
człowiekiem, szarpie, walczymy, i nagle trach - przejechał skalpel
po aorcie. I tu mnie, mówiąc szczerze, zawiodłeś... Zawsze cię
miałem za muzykalnego, a tu poszedł taki zafałszowany charkot, że
nawet zarzynany prosiak ładniej kwiczy... A po 5, góra siedmiu
minutach cały ten dramat się skończył...
Także powtarzam, raz
jeszcze przepraszam, jakiś kiepski dzionek miałem, ale teraz jesteś
już po naszej stronie, zaraz sam będziesz aniołem stróżem i
zobaczysz, że to cholernie, oj, cholernie ciężka praca!!!
Dzień dobry, witamy w naszym serwisie
wiadomości obojętnych...
Dżingiel!
Z kraju: spotkało się dwóch
ważnych.
Dżingiel!
Trzeci ważny się nie
dojechał.
Dżingiel
Zagranica: Samolot z Madrytu do Rzymu
doleciał na miejsce bez przeszkód.
Dżingiel
Medycyna:
Zapalenie gardła jest w dalszym ciągu
uleczalne!
Dżingiel:
Kronika kryminalna: No i niestety, znowu
ukradli!
Dżingiel:
Przyroda: Zaczyna
kwitnąć!
Dżingiel!
Z ostatniej chwili, z kraju: Ten trzeci
ważny, co niby nie dojechał, okazuje się dojechał, tyle że się
spóźnił i tez się spotkał
Dżingiel!
Kultura, muzyka
rozrywkowa: Przyjechała, zagrała, zabisowała, wzięła kasę, wszyscy
byli wniebowzięci!
Dżingiel!
Sport, bilard: dostał po
kulach!
Dżingiel!
Pogoda: Ho, ho, ho, ale parasole mogą zostać
w domu!
Dżingiel!
A na koniec naszego serwisu jedna wiadomość
nieobojętna: Jan Kowalski, zamieszkały przy ul. Lumumby 14
mieszkania 8 w Chodzieży to cwaniak, grandziarz i
pedofil.
Dżingiel!
Do usłyszenia jutro, a nuż jedyna wiadomość
nieobojętna będzie poświęcona Tobie lub Twoim bliskim, czego
szczerze życzy redakcja!
Dżingiel!
Koniec
Dżingiel!!!
Za lat 400 jakiś
historyk
Nazywający się Jerzy Krasa
Będzie chciał zdobyć tytuł
doktora
Pisząc doktorat o naszych czasach
Choć będzie czytał
dzisiejsze gazety
Będzie się wgłębiał w logikę zdarzeń
Będzie
się trudził, ale, niestety
Jak Boga kocham - nic nie
zajarzy
Będzie się trudził, męczył i biedził
Rozmyślał,
czytał, szukał i dumał
Lecz mało będzie miał odpowiedzi
I
bardzo wielu rzeczy nie skuma
Nie pojmie jak można zasnąć pod
stołem
Jak metro może być ciągle w budowie
Dlaczego profesor z
toruńskiej szkoły
Chodził po klasie kubłem na głowie
Nie
pojmie, że cztery kolczyki w zadzie
Może mieć wbite jakiś
piosenkarz
Będzie się dziwił, że w listopadzie
Piłkarze grają
w krótkich spodenkach
Jak można wykolegować kolegę
Jak można
wódkę rozcieńczać pepsi
Kiedy się natknie na posłankę
Beger
Dostanie wrzodów i epilepsji
Jak on zrozumie bez
kolejnych wrzodów
Telewizyjnej rozrywki urodę
Ludzie filmują
jak lecą ze schodów
A później se dają za to nagrody
Przy
sprawie Rywina stanie jak wryty
Aby ją rozgryźć, to się
uchleje
Jak dotrze do kaset z show reality
Albo się potnie,
albo zgłupieje
Skąd on wytrzaśnie jakiegoś eksperta
Od
proszku, co wszystko do bieli spierał
Dlaczego akurat słowo
"koperta"
Zrobiło w urzędach taką karierę
Nie pojmie, że z
obieraniem ziemniaków
Można w układy wejść z galeriami
Albo że
w dżinsach młodych chłopaków
Krok kończy się tuż pod
kolanami
Historyk zużyje sto długopisów
Notatek i uwag też
będzie fura
Mimo milionów objaśnień, przypisów
I tak to będzie
ciężka lektura
Zaś po obronie historyk Krasa
Z doktorskiej
togi strzepując pyłek
Westchnie i powie o naszych czasach:
Jak
dobrze, kurwa, ze wtedy nie żyłem?!!
Do siedziby naszego portalu przybył
Człowiek Który Wie Wszystko. Czat z jego udziałem cieszył się, co
zrozumiałe, gigantycznym wręcz zainteresowaniem internatów. Oto
najciekawsze fragmenty dyskusji:
Pytanie od Czesława Czecha
Czecha: Jak na pustyni zagotować wodę na herbatę?
Człowiek Który
Wie Wszystko: Drogi Czesławie Czechu Czechu, tylko skończony imbecyl
lub matołek będzie gotował na pustyni wodę na herbatę, ale jeśli
pytasz to: należy jeszcze w domu spakować do plecaka wodę i czajnik
elektryczny, a potem udać się na pustynię. Gdy najdzie nas ochota na
zagotowanie wody na herbatę należy poszukać wielbłąda i udać się na
nim do pierwszego hotelu wyposażonego w elektryczność. Tam włożyć
kabelek od czajnika do gniazdka i zaczekać dwie minuty. Istnieje
wersja druga - zamiast wielbłąda zamówić radio-taxi, z tymże jest to
wersja kosztowniejsza, bo taksówkarz może nas zawieźć do hotelu
okrężną drogą, poza tym cały czas będzie mu pykać czwarta
taryfa.
Pytanie od Czesława Czecha Czecha: Jak na pustyni
zagotować wodę na kawę?
Człowiek Który Wie Wszystko: Drogi
Czesławie Czechu Czechu! Świetny żart, tak trzymaj!
Pytanie od
Anieli 26: Jak nauczyć się uśmiechu Mony Lisy, który kryje w sobie -
paradoksalnie - i element pewnego zakłopotania, i wewnętrznego
spokoju, i poczucia triumfu?
Człowiek Który Wie Wszystko: To
banalnie proste; powiedz mężowi, że idziesz do pracy, jednak udaj
się do garsoniery kochanka i zdradź męża bez skrupułów. Wróć do domu
i poczekaj na pytanie męża typu: "Jak tam w pracy?". Na twej twarzy
automatycznie pojawi się uśmiech kryjący w sobie i element pewnego
zakłopotania, i wewnętrznego spokoju, i poczucia triumfu. Uwaga,
Anielo, tego sposobu nie można wykorzystywać zbyt często, bo po
pewnym czasie z twojego uśmiechu zniknie element pewnego
zakłopotania.
Pytanie od Czesława Czecha Czecha: Jak na pustyni
zagotować wodę na gorący kubek?
Człowiek Który Wie Wszystko:
Proszę o następne pytanie.
Pytanie od Anieli 26: Co to jest
garsoniera? Co to są skrupuły?
Człowiek Który Wie Wszystko:
Proszę o następne pytanie.
Pytanie od Czesława Czecha Czecha: Jak
na pustyni osiągnąć stan pełnego animuszu?
Człowiek Który Wie
Wszystko: To banalnie proste, drogi Czesławie Czechu Czechu! Należy
udać się na pustynię, uzbroić w cierpliwość i czekać do pierwszej
zimy. Wtedy automatycznie pojawia się stan, gdzie ani muszu, ani
komaru!!!
Tu Człowiek Który Wie Wszystko zaczął używać
wulgaryzmów, kopnął komputer i wybiegł z naszego portalu. Czat
dobiegł końca, mimo, że Czesław Czechu Czechu pytał jeszcze, jak na
pustyni zrobić rosół z kury. A w przyszłym tygodniu zapraszamy na
czat z Czesławem Czechem Czechem, specjalistą do spraw gotowania
wody w warunkach ekstremalnych.
Ponieważ zwierzaki
z miejskiego ZOO zaczęły się nudzić, dyrekcja postanowiła
zorganizować jakieś dodatkowe zajęcia. Jednak ani warcaby, ani nawet
rozbierany poker nie chwyciły, duże zwierzaki wyżywały się na małych
zwierzakach w salonowcu, a hipopotam zeżarł ponad 20 płytek od
scrabbli i zdekompletował pudełko; więc dyrekcja postanowiła iść w
ludyczność, festyniarstwo oraz masowość i zorganizowała wybory miss
ZOO.
Tu tez nie obyło się bez protestów: - Moja żona na scenie w
kostiumie kąpielowym papla do mikrofonu skąd przyjechała i jakie
jest jej hobby? Po moim trupie - gardłował lemur, a następnego dnia
ciało lemura znaleziono na dnie rozlewiska dla fok z nogami
zabetonowanymi w aluminiowej misce. Zaś tydzień później pani
lemurowi wywalczyła zaszczytny tytuł Miss Foto oraz wyróżnienie
publiczności.
Były też inne problemy: skąd wytrzasną kreację
wieczorową dla wielbłądzicy; jak przekonać skunksicę, aby zechciała
się łaskawie wyperfumować przed wejściem na scenę, czy wreszcie
nauczenie pani wąż układu tanecznego, w którym pojawiały się
elementy stepowania.
W dodatku tutejszy dziennik "z życia ogrodu"
wyrąbał na pierwszej stronie demaskatorski reportaż śledczy, w
którym stwierdził, że z wizytą do kandydatek przyłazi notorycznie
lew i za 17, 5 miliona oferuje korzystne rozwiązania w werdykcie
jury.
Jednak, mimo skandalu prasowego, wszystkie zwierzaki
zasiadły na trybunach, aby dopingować najpiękniejsze
przedstawicielki swojego gatunku. "uuuu" - buczały z dezaprobatą
świstaki, kiedy na scenie paradowała pani mandryl; "eeeee" -
wyśmiewały się zebry z kapelusza w paski, w jakim paradowała
żyrafa.
Zainteresowanie wyborami było tak wielkie, że relację na
żywo dawał "Animal Planetce", a zwierzaki z innych ogrodów wybierały
swoją miss w systemie audio-tele.
Do finałowej czwórki awansowały
pani Panda, pani ślimak, pani foka i pani gorylowa, której różowe
pośladki wprowadzały w ekstazę męską część audytorium. "Skandal, te
wybory to jedno wielkie oszustwo" - komentowała głośno werdykt jury
żaba, tuż po odpadnięciu z dalszych rozgrywek w pierwszej
rundzie.
W wielkim finale trzy najpiękniejsze miały zaśpiewać
swoją ulubioną piosenkę. Panda w ogóle nie zajarzyła zabawowego
klimatu wieczoru i odśpiewała poważną XIX wieczną dumkę ukraińską
"Miłości, ty kwiecie najsłodszy". Publisia gwizdała już przy
pierwszym refrenie. Pani Ślimak pojechała w banał i zaśpiewała "W
moim magicznym domu", też bez rewelacji. Później temperaturę na
widowni podniosła Gorylowi, która brawurowo i kokieteryjnie
odśpiewała przebój: Oopps, I did it again; jednak przepadł przez
kiepski angielski akcent.
Zwyciężyła foka, która rozłożyła na
łopatki i jury, i publiczność, przewrotnie decydując się na
wykonanie znanego meksykańskiego hiciora: "A ja riba, ja riba". I
teraz foka przez cały rok będzie łazić w koronie. Najważniejsze
jednak, ze i zwierzaki, i dyrekcja ZOO były zachwycone imprezą. Na
przyszły miesiąc już zapowiedziano zawody siłaczy i mistrzostwa w
grillowaniu!!!
Poniedziałek
Nowy tydzień zaczął się
pomyślnie. Zupełny laicik!!! Obsługiwałem trzech, wszyscy trzej
najwyraźniej totalne chuderlaki... Nawet się nie spociłem, choć
słońce zdrowo grzało. Ale nie popadam w samozachwyt - wieczorem jak
zwykle 100 pompek, ekspander i ćwiczenia rozciągające...
Profesjonalizm...
A co to, nie wiem, że na moje miejsce czeka
setka młodych grabarskich wilków, którzy marzą o chwili, aż nie dam
rady? Spokojnie, dam radę...
Wtorek
Miałem przyjemny rajski
sen - pogrzeb modelki anorektyczki... Żona się pyta, co mi się
śniło, że się tak śmiałem, no więc mówię: "anorektyczna modelka". No
i już, awantura gotowa. "Świnia", krzyczy żona, "Ale ona była
nieżywa" - tłumaczę... "Świnia i w dodatku nekrofil" ... No i humor
zepsuty na cały dzień, w robocie też raczej średnio
zabawnie.
Środa
Nic nie piszę, łapy bolą, dzień koszmarny...
Sześciu do obsługi, jeden grubszy od drugiego. Jak w lokomotywie
Tuwima: "A w szóstym siedzą same grubasy, siedzą i jedzą tłuste
kiełbasy"... I jeszcze szef się przyczepił, że pogorszył mi się styl
pracy łopatą. Ponoć jestem za mało finezyjny; oj, będą czystki, będą
czystki!!!
Czwartek
Obejrzałem przypadkiem program Grupy
Monthy Pytona czy jakoś tak i skecz o wyścigu trumiennych karawanów.
Bardzo niesmaczne żarty, bardzo niesmaczne... Powinni takich rzeczy
nie puszczać!!!
Piątek
Jak zwykle przed weekendem - największy
ruch... Na głównej cmentarnej alei zrobił się korek. Szef mówi, że
jak tak dalej pójdzie, trzeba będzie założyć sygnalizację!!! Na
razie, od czasu wypadku, czyli jakieś dwa miesiące, stoi policjant i
kieruje ruchem... Ale to jest połowiczne rozwiązanie, przecież my
jesteśmy wielki cmentarz, nie tam jakaś
pipidówka!!!
Weekend
Ach, to lubię najbardziej - hobby,
relaks, wypoczynek... Co tydzień wypoczywam tak samo, jadę za
miasto, na działkę, chwytam łopatę i kopie grządki, kopie grządki...
To mnie rajcuje jak harcerza podchody...
Kiedy
przeciętnemu facetowi do studzienki kanalizacyjnej wpadnie telefon
komórkowy, do jego głowy niczym galopujące rumaki wpadają dziesiątki
myśli. Przyjrzyjmy się im:
Myśl 1 do myśli 16 - to myśli
niecenzuralne, nawet jakbym je przytoczył, to i tak by ich
niewyemitowano, wiec poprzestanę na stwierdzeniu, że są to myśli
wstrętne, brzydkie i obrazoburcze wobec wszystkich i wszystkiego
wokół
Myśl 17- Boże, nigdy nie miałem 17 myśli pod rząd
Myśl
18 - skoro tak dobrze mi idzie, to może wrócę do szkoły i zrobię
maturę
Myśl 19 - dokładnie, świetna myśl
Myśl 20 - zaraz
zadzwonię do mamy i jej o tym powiem, na pewno się ucieszy
Myśl
21 - Gdzie jest mój telefon
Myśl 22 do myśli 36 - to powrót do
myśli niecenzuralnych, wstrętnych i obrazoburczych...
Myśli 37
już niestety nie ma, bo nieprzygotowany na taki wysiłek mózg nie
daje rady. Wtedy przeciętny facet zaczyna na siłę wyciągać
przyśrubowaną kratkę do studzienki kanalizacyjnej, a już totalny
głąb idzie w amoku nad Wisłę sprawdzać, czy gdzieś tam jego koórka
nie wypłynie...
Kiedy telefon komórkowy wpadnie do studzienki
kanalizacyjnej przeciętnej kobiecie, do jej głowy także niczym
galopujące rumaki wpadają dziesiątki myśli. Przyjrzyjmy się
im:
Myśl 1 - Ojej, ale ze mnie fujarka!!!!
Myśl 2 - Ojej, ale
ze mnie niezdara!!!
Myśl 3 - Ale przecież nic się nie stało,
zaraz zadzwonię do swojego ukochanego, on przyjedzie, wyciągnie
komórkę i będzie po sprawie
Myśl 4 - Gzie jest mój
telefon?
Myśl 5 i myśl 6 - myśli niecenzuralne, niewarte
przytoczenia;
Myśl 7 - trzeba działać
Myśl 8 - Co by zrobiła w
takich okolicznościach doktor Zosia z ulubionego serialu
Myśl 9 -
zadzwoniłaby do ukochanego
Myśl 10 - świetna myśl, uczynię tak i
ja
Myśl 11 - gdzie jest mój telefon?
Myśl 12 do myśli 15 -
myśli niecenzuralne
Myśl 16 - wiem, kupię kartę do automatu i z
budki zadzwonię do ukochanego. Przyjedzie i będzie po
sprawie...
Myśl 17 - Świetna myśl
Przeciętna kobieta realizuje
plan, dzwoni z budki do ukochanego. Ten nie odbiera, nie ma
możliwości, bo siedzi nad Wisłą i sprawdza, czy gdzieś tam wypływa
jego komórka...
Kiedy telefon komórkowy wpada do studzienki
kanalizacyjnej dresiarzowi, ten w ogóle nie myśli. Bez zastanowienia
kradnie następną...
Już
niedługo, oj, już bardzo niedługo nadejdą dni, kiedy powszechnie
Obowiązujący język zastąpi młodzieżowo-hiphopowy slang. Będzie
masakra i rzeźnia, oj, będzie się działo. W takim przykładowo
pociągu pan ze skrzeczącego głośnika nie zaprosi nas do wagonu
restauracyjnego WARS, który znajduje się w środku składu pociągu,
ale powie: "Ziomale, pomyka z nami wagon do clubbingu. Można walnąć
bro (co prawda 7 pelenów, ale schłodzony) i posłuchać oldskulowej
muzy, bo boss wagonu męczy Gangiem Marcela i Bony Emem. Taki spoko
chilaucik. Naraska"
Oczywiście, będzie dochodziło do niezłych
hardkorów, no bo jak wytłumaczyć rolnikowi, że drabiniasty wóz
wyładowany sianem to nie to samo, co "wypasiona fura"? A taki
dyrektor przeciętnego ogrodu zoologicznego przeznaczy dodatkowe
fundusze na ochronę zwierząt, bo usłyszy, że faceci chcą masowo
"wyciągać foczki". Co o swoim tatusiu pomyśli sześcioletni szkrab,
kiedy w środku lata usłyszy polecenie "idź na sanki"? Co z kolei ów
tatuś pomyśli o swojej małżonce, kiedy ta tłumacząc swoją niechęć do
porcji wieczornych pieszczot powie mu, że ma "zrytą pacynę"? No, ci
z bardziej konserwatywnym podejściem do języka mogą przestać
zdanżać...
Z kolei otworzą się wielkie pola triumfów dla ludzi
łysych, którzy przecież z definicji są na maksa wyczesani. Łysi będą
wkrótce master blaster i full wypas. Łysi roulez!!! A ci lamerzy w
długich piórach będą mogli robić wybitkę do jakiegoś
bantustanu...
Pojawią się, z pewnością, protesty innych laserów,
że będzie trudno obczajać, o co biega w tym wszystkim, ale,
mordeczki, nie ma co peniać, walę szczerą zabawkę z serducha: w
telewziji zamiast profesora Miodka, swój językowy program będzie
miał raper OSTR albo inny Wujek Samo Zło i wszystko pięknie
wytłumaczy... To znaczy, chciałem powiedzieć, rozkmini!!! Narta!!!
Szanowne
Tele-zakupy
Chociaż nie, po krótkim namyśle odważę się zacząć od
bardziej osobistej, a nawet intymnej apostrofy:
Moje kochane
Telezakupy!!!
Wiem, różnie się o Was mówi: a to, że złodzieje, że
wyłudzacie, że naciągacze, że sprzedawcy kitu, ale to nieprawda!
Jest inaczej o przysłowiowe 360 procent... Nabyłem - drogą kupna i
kosmicznego przypadku - komplet kosmicznych noży z nierdzewnej
stali. A propos - w całym swoim życiu udało mi się spotkać tylko
jednego człowieka, stryja Zbigniewa, który kupił sobie noże ze stali
rdzewnej, ale stryjo był psychiczny.
Ale do rzeczy - otóż trzymam
w ręku jeden z waszych kosmicznych noży i kroję żółty ser; żółty ser
nie stawia najmniejszego oporu, pięć palców z rozkoszą i bez żadnego
wysiłku zaciska się na kosmicznej rękojeści idealnie dopasowanej do
mich pięciu palców, zamykam z błogością oczy - no, myślę sobie - to
jest dopiero nóż - kiedy trach... niespodzianka i to ta z gatunku
przykrych niespodzianek - wasz kosmiczny nóż przekroił mi stół
śniadaniowy.
Całe szczęście pod blatem trzymam w szafce garnki i
nóż zatrzymał się na rondlu - też z nierdzewnej stali. Ach, poszedł
nóż po rondlu, czyli metaforycznie rzecz ujmując trafiła kosmiczna
kosa na kosmiczny kamień... Jakby takich kosmicznych noży używać
zamiast pił tarczowych, to taki dąb Bartek leżałby na glebie po 10
sekundach...
Ach, to tak się musiał czuć lord Vader wymachujący w
Gwiezdnych Wojnach świetlistym mieczem. Z tymże tam to była filmowa
fikcja, a tu rzeczywistość... Stół przecięty na pół.
Zatem
zamawiam z waszego katalogu kosmiczny klej do wszystkiego. Poczta
dostarcza go po tygodniu, biorę dwie połówki stołu i popełniam
taktyczny błąd... Rozprowadzam kilka kropel waszego kosmicznego
kleju palcem wskazującym i po chwili mój palec wskazujący stanowi
nierozerwalną całość z blatem. Stoję jak głupek i nie wiem co robić:
przecież nie będę łaził po świecie z połówką stołu śniadaniowego (na
czym rodzina robiłaby kanapki? Albo jak wejść do zatłoczonego
autobusu... Albo nawet zawiązać głupie sznurowadła?)
Dramat...
Wiem, różnie się o was mówi: a to, że złodzieje, że
wyłudzacie, że naciągacze, że sprzedawcy kitu, ale - kochane
Tele-zakupy - to są oszczerstwa. Kaby ktoś, tak jak ja, tydzień
czekał z palcem przyklejonym do stołu, aż mi poczta dostarczy wasz
kosmiczny rozpuszczalnik, to by od razu głupoty przestał gadać.
Z
kosmicznym pozdrowieniem - Wasz klient
PS. Wielkie dzięki za
bonusa dla stałych odbiorców - kosmiczne trampki z odbiciem kangura.
W sierpniu, na olimpiadzie w Atenach, w konkurencji skok wzwyż będę
startował z numerem 56.
Kiedy
pokazują na zbliżeniu siódmą z kolei azjatycką mistrzynię sztangi,
która właśnie podniosła ciężary o wadze wagonu kolejowego, to
człowiek jakoś przestaje żałować, że nasze dostały baty.
Kiedy
pokazują na zbliżeniu siódmą z kolei azjatycką mistrzynię judo,
która własnie skręciła swoją rywalkę w coś na kształt śniadaniowego
rogalika, człowiek ma pewność, że gdyby zmartwychwstał baron Pierre
de Cobuertain, to od następnych igrzysk część konkurencji odbywałaby
się w trzech kategoriach: mężczyźni, kobiety, azjatyckie
siłaczki.
Kiedy pokazują na zbliżeniu siódmą z kolei azjatycką
mistrzynię zapasów - człowiek przestaje się bać rotweillerów.
Siedząca obok kobieta naszego życia z pewnego rodzaju wyższością
chwyta w ręce pilnik do paznokietków oraz kolorowe piśmidło dla
babeczek i stanowczym chrząknięciem ostrzega: "No, bo przestanę o
siebie dbać!!!"
Zjawisko pod tytułem piękno sportu bierze nogi za
pas i czym prędzej wpada na stadion lekkoatletyczny, gdzie - ach,
ach - zmieniają się proporcje. Na bieżni rozciągają się przed
startem sprinterskie łanie odziane w
superhipermegaarcylikrokosmicznopodpobny kostium, który podobno
pozwoli im przebiec o setną sekundę szybciej. Czy rzeczywiście
szybciej niż w zwykłych gimnastycznych spodenkach, bawełnianym
t-schircie i pepegach? Nie nam, kibicom, oceniać, ale nam, kibicom,
wypada przyznać, że kostiumy są generalnie ok. i rzeczywiście
opływowe.
Siedząca obok kobieta życia odkłada pilnik i piśmidło
oraz ponownie chrząka znacząco: "Phi, jak bym pochodziła miesiąc na
aerobik, to byłabym jak one". Są igrzyska, czas pokoju, nie chcąc
więc wszczynać jałowych dyskusji człowiek odchrząkuje pogardliwie:
"hm, no, na pewno, na pewno", ale od razu zostaje skontrowany
chrząknięciem pełnym wrogości: "No, bo zaraz przełączymy na
azjatyckie zapalniczki!!!"... Ok., ok., to ile chcesz na ten
aerobik?
A po chwili znicz olimpijski rozpala się jeszcze
bardziej... Gimnastyczki artystyczne.... No, cudowna sprawa. To się
wydaje niewiarygodne, ale te kobiety potrafią się wygiąć w cztery
strony świata jednocześnie!!! Wgapia się człowiek zawzięcie i udaje,
że najbardziej pasjonującym zagadnieniem ludzkości jest obecnie
kwestia, czy rumuńska kobieta guma dostanie 9,875 czy 9, 876
tysięcznych punkta.
Kobieta naszego życia prycha pogardliwie:
"przecież to są jeszcze dziewczynki", ale ty nie odpowiadasz wprost,
tylko tonem telewizyjnego eksperta rzuca idiotyczną uwagę typu: "w
ostatnim elemencie ćwiczeń na równoważni powinna szybciej rozluźnić
nadgarstki", albo: "Ech, spaliła ten układ z szarfą" i wszystko jest
niby ok.
Oczywiście, niby ok., bo kobieta naszego zycia z
znienacka zaczyna się pasjonowac męskim pływaniem, a z gazet wycina
kolorowe fotki włoskich siatkarzy. Jeszcze potrafi pod koniec
trzeciego seta bezczelnie cmoknąć: "Ech, ty bosko ścinający
italiańcu" - człowiek to wytrzymuje, tylko ze smutkiem myśli:
"kobieto naszego życia, gdybyś patrzyła się na mnie z takim
zachwytem, to ja bym ci nie z takich piłek ścinał, nie z takich
piłek walił asa serwisowego za asem serwisowym, nie takie bloki bym
ustawiał". No, ale kiedy podczas prezentacji ósemki finalistów na
200 motylkiem kobieta naszego życia z zachwytem stwierdza: "No, no,
ale mięska!!!", nie wytrzymujesz. Dosyć, igrzyska igrzyskami, podziw
dla sportowców podziwem dla sportowców, ale bez przesady, musi być
jakiś kompromis! No i jest kompromis!!! Znów oglądamy azjatyckie
sztangistki, a na szyi kobiety naszego życia ponownie dumnie powiewa
bezdyskusyjne złoty medal.
Zupełnym przypadkiem trafiłem na notatki mojego psa.
Charakter pisma to może nie była wykwintna sztuka kaligraficzna, ale
większość odczytywałem bez problemu. Kilka rzeczy zaintrygowało mnie
dość mocno. Na przykład wpis z poniedziałku, siedemnastego:
"
Pajacu, jak jeszcze raz rzucisz tego kija i krzykniesz swoje głupie
aport, to ci przyniosę pchły na chatę, wytarzam się w twojej
pościeli i masz trzy noce nieprzespane".
No proszę, a ja
myślałem, że mu to sprawia radość, tak fajnie merdał ogonkiem. A tu,
ooo, proszę , wpis ze środy, dziewiętnastego:
" Jak mój pan się
wkurza, to mu łapy latają na wszystkie strony. Ja nie mogę machać
rękami, bo bym się wyłożył, to macham ogonem. A głupek się cieszy i
myśli, że wszystko ok.".
Głupek? O swoim panu i dobroczyńcy
głupek? Czekaj, skończą się żaróweczki, zaczną podroby, kundlu
jeden!
W kilku przypadkach jak najbardziej sprawdziło się
porzekadło, że psy upodabniają się do swoich właścicieli; wpis z
dwudziestego drugiego:
" Ele, ta sunia z trzeciej klatki to
fantastyczna sunia jest; ekstraklasa lalka. Ale romanse z sąsiadkami
źle się kończą, nawet jak już jest po wszystkim to trzeba się
ukłonić i obwąchać. Ech, sunie, sunie".
Jest też wiele uwag
dotyczących spraw bytowych. Tak wpisek z 28:
" Trzeci raz w tym
tygodniu gryzę swoją poduchę, na której śpię od dzieciństwa. Nikt
nie kuma, że za mała. Bez reakcji. Pomijając głupkowate zachwyty:
ale się fajnie bawi swoją poduszką, no tak, zna ją od małego... He,
pajacu, jakbyś do roboty latał w swoich niemowlęcych śpioszkach, też
byś je gryzł ze złości co wieczór, zapewniam"
Mamy też sporo
narzekań na codzienna egzystencję:
" dziś znowu zajęcia z
tresury! Boże, jak mnie to wali!!! Ale jak patrzę na tych cieszących
się kretynów, piejących z zachwytu, kiedy tylko wskoczę na słupek
albo się przeczołgam kawałek, to w sumie co mi tam. Mogę skoczyć,
mogę się przeczołgać...Ale żena jest niewyobrażalna"
Są także
klasyczne, ewidentne narzekania. Wpis z 26:
" ta wyfiokowana
pindzia - no, nieźle, będę musiał małżonce powtórzyć, co o niej
sądzi jej ulubieniec - wzięła mnie do psiego fryzjera! Jarzysz? Do
psiego fryzjera!!! No pewnie, szkoda, że nie do solarium, albo na
kurs szydełkowania. Będę latał po osiedlu z lokami i robił wiochę. A
sunia z trzeciej klatki wzgardzi i wyśmieje, normalnie
horror".
Przeczytałem notatki do końca, zawołałem sojego
czworonoga, pogłaskałem, za uchem podrapałem i mówię tak: ok., Azor,
nie będzie aportowania i kursu tresury, nie będzie psich fryzjerów;
będzie nowa poducha i spacery z tą sunia z trzeciej klatki. Ale
Azor, szczerośc za szczerość - Dostojewskim to ty nigdy nie
będziesz, czworonogu ty, tak?
W życiu każdego
prawdziwego faceta są tak naprawdę - czy może aż - trzy dramatyczne
momenty.
Pierwszy - to chwila, kiedy uświadamiamy sobie, ze
nigdy nie strzelimy decydującej bramki na Wembley w 90. minucie
meczu;
Drugi - kiedy dowiadujemy się, że szkolna miss ma nas
gdzieś, a jej serce zdobył łysy olbrzym w ramonesce i
glanach;
Trzeci - kiedy idziemy z wizytą na pierwszy obiad do
rodziców naszej przyszłej żony.
Na dwie pierwsze chwile niewiele
można poradzić, tak już jest i koniec. Co do pierwszej wizyty u
potencjalnych teściów - ooo, tu sprawa ma się nieco inaczej.
Poniekąd wiadomo, jak się zachować na samym początku: wejść,
uśmiechnąć się, pochwalić wystrój mieszkania, zdjąć płaszcz,
pochwalić wystrój przedpokoju, wejść do dużego pokoju, pochwalić
wystrój dużego pokoju, uśmiechnąć się, pochwalić dyskretnie kreację
potencjalnej teściowej, siąść do stołu, pochwalić zbiór znaczków
przyszłego teścia (uwaga; jeśli przyszły teść nie zbiera znaczków -
nie chwalić; pochwalić coś, co zbiera; jak nic nie zbiera -
pochwalić ogólnie teścia i zapytać o motoryzację), uśmiechnąć się,
zjeść zupę, pochwalić zupę; zjeść drugie, pochwalić drugie; gdy się
przyszłemu teściowi niechcący odbije - konsekwentnie chwalić jakość
odbicia; wypić kompot, pochwalić kompot, zjeść deser, pochwalić
deser...
Do tego momentu wszystko idzie gładko, ale później
stajemy przed gigantycznym dylematem. Otóż przyszły teść - gdzieś
tak w 4,5 minuty po deserze dziarsko zaciera ręce i mówi: No,
wiadomo, że jak się Polak z Polakiem przy stole spotykają, to nie
może wódeczki zabraknąć - i wyciąga z barku butelczynę.
Drogi
młody mężczyzno!!! Uwaga!!! Właśnie zaczął się test, w dodatku test,
którego praktycznie nie można zdać pozytywnie. Ustawiają przed tobą
wypełniony kieliszek. Jeśli pochwalisz pomysł -z miejsca łapiesz
minusa u potencjalnej teściowej; jeśliodmówisz - teściu będzie cię
miał za miękką faję!!!
Kombinujesz więc tak - u teściowej
będziesz miał prędzej czy później przechlapane i tak, więc chwalisz
pomysł. Teść uśmiecha się znacząco i patrzy, co zrobisz
dalej...
Otóż to - jak wypić tego kielicha? Czy z gestem znawcy i
konesera trzepnąć lufę, uśmiechnąć się, nie zapijać, tylko poprosić
o tzw. Drugą nóżkę, czy właśnie inaczej: z nieśmiałością debiutanta
wypić mały łyczek, zakrztusić się nieudolnie, zaczerwienić się i
rzucić głupi żarcik w stylu: "Ech, ech, tak tej wódki nie lubię, że
ją muszę lać w pysk, ha, ha, ha"...
A w dalszej części obiadu?
Pić twardo i demonstrować mocną głowę, czy też udawać trafionego i
pytać o możliwość noclegu?
Nie ma, no nie ma dobrego wyjścia z
tej sytuacji. Znaczy jest jedno. Ryzykowne, ale jest. Otóż należy
sobie szukać przyszłych żon wśród dziewczyn przyjezdnych z innych
miast i teściów spotkać dopiero na weselu. Wtedy już nic się nie da
odwrócić...
Do naszego miasteczka miał przyjechać pan Joga z
autorskim programem. Powieszono stoosowny plakat, ale tutejszy
Komkitet Ochrony Przyzwoitości dokleił na plakacie własną kartkę,
gdzie napisano, że Joga to żeńska odmiana jogurtu, żeby sie nie dać
nabrać na badziewie iżeby wszyscy porządni zostali w domu i oglądali
seriale promujące podstawowe wartości rodzinne.
Wrogapropoaganda
zadziałała - sprzedały się raptem trzy bilety; dwa kupiło małżeństwo
ateistów, trzeci tutejszy wywrotowiec i prowokator. Zatem
kierwonictwo Domu Kultury zmieniło błyskawicznie treść afisza i
powieszono kolejny plakat, tym razem informujący o wystepie pana
Fakira. Co ptrawda komitet Ochrony Przyzwoitości ponownie dokleił
własną kartkę informując, że Fakir to łacińska transkrypcja
popularnego angielskiego wulgarzymu, ale był to klasyczny gol do
własnej bramki, gdyż ta adnotacja jedynie nakręciła koniunkturę.
Gdzieś tak około setki powitało więc w sobotni wieczór burmistrza,
który w okolicznościowym słowie wstępnym przypomniał zagranicznych
artystów goszczących w naszym miasteczku (w połowie lat 80
singapurska podróbka grupy Boney M., na sylwestra 2000 bułgarski
zespół pieśni i tańca "Kryłatskoje", wreszcie teraz pan Fakir) i
show się rozpoczął.
W pierwszym numerze pan Fakir wybił pięścią
dziurę w desce grubej na 10 centymetrów. Ale zamiast aplauzu i
frenetycznych braw pojawiły się złośliwe komentarzyki: - Kurde
balance, strach takiego na chatę zaprosić, bo przyjdzie, zapuka i se
trzeba nowe drzwi wstawiać...
Pan Fakir zorientował się, że mu
nie idzie, że ma kłopoty ze złapaniem kontaktu z publicznością,
zatem - starą metodą estradową - chciał włączyć publiczność do
czynnego udziału w koncercie: pięciu ochotników miało porozbijać
puste butelski po piwie i oranżadzie. Ale nasi obywatele nie na
darmo przeszli lekcję dzikiego kapitalizmu i dawaj kraść połowę
butelek, bo to za jedną mozna dostać w skupie 35 groszy. I pan
Fakir, zamiast wytarzac się w fontannie szklanych okruchów, położył
się na załosnych resztkach. Aplauzu znów nie było, a - szczerze
mówiąc - wyglądało to żenująco...
Zaś gwoździem programu pana
Fakira było wbijanie gwoździ za pomocą głowy pana Fakira. Ale znowu
klapa: - Człowieku, my do tego używamy młotka - rozległ się polski,
bezkompromisowy, ale jakże praktyczny komentarz z trzeciego rzędu i
nie dopuścili Fakira nawet do grzecznoościowego bisa...
Włodarze
Domu Kultury nieco byli podłamani, bo na przyszły miesiąc mieli już
umowę z mistrzem karate i Takewondo, ale w takich okolicznościach
trzeba będzie odwołać, zresztą frekwencja byłaby znikoma. Cóż,
zostaje tradycyjne kółko filatelistycznei prszedstawienie
amatorskiego teatru lalkowego dla latorośli!!!
Nasza firma to jest nasze życie
Nasza firma ma
świetną strukturę
W naszej firmie tkwi prezes na szczycie
No a
reszta prezesa pcha w górę
Lecz zbyt wielu jest chetnych do
pchania
Wszyscy o pchaniu prezesa marzą
By uniknąć więc
zamieszania
Bezpośrednio prezesa pcha zarząd
Lecz by zarząd
też mógł piąć sie w górę
Co się w firmie tez mocno liczy
Mocno
w górę pcha całą strukturę
Szczebel średni, choć też
kierowniczy
Jednak kto szczebel średni nam wesprze?
Szczebel
średni to rzecz w firmie droga
Jak w cudownie zgranej
orkiestrze
Szczebel średni wesprze załoga
No i teraz są małe
kłopoty
Kto załodze poda swe ramię?
Został jeden do czarnej
roboty
Został nocny dozorca - pan Franek!
Wiosna, lato, jesień
czy zima
Warto wierzyć, choć jak chcecie nie wierzcie
Na swych
barkach stróż Franek utrzyma
Szefa, zarząd, szczebel sredni i
resztę
Więc struktura jest jak piękna kochanka
Nieco gorsze są
statystyki
No i proszę, przez dozorcę Franka
Mamy takie do
dupy wyniki!!!
Synku!!! Syneczku!!!, Chodź, zagrasz z tatą w tę
grę, co ci przyniósł Mikołaj na gwiazdkę... Chodź, zagramy... Nie
będzie tata oszukiwał, nie będzie. Jak mówi, że nie będzie, to nie
będzie, jasne?!!! Dobrze nie grajmy, nie ma obowiązku... To się
ubieraj i idziemy z wizytą do cioci... Aaa, mówiłem, że lepiej
zagrać, mówiłem?
Dobrze, jaki chcesz byc pionek... Nie, ja zawsze
byłem fioletowy, fioletowy jest mój! Jeszcze cię na świecie nie
było, to zawsze grałem fioletowym. Widzicie go, szkół nie pokończył,
w krótkich majtkach lata, ale ojcu pionka zabrać to
pierwszy.
Czytam instrukcję... grę zaczyna ten z graczy, który
wyrzuci większą liczbę oczek. Pirewszy! Rzucam, rzucam jest
czwóreczka, wypadła, teraz ty! I co, pobijesz czy spękasz...
Rzucasz... Oszukujesz, nie rzuciłeś piątki, tylko ustawiłeś
palcami!!! Tak, ustawiłeś palcami, tylko lekko obróciłem głowę w
stronę telewizji, żeby rzucić okiem na ulubioną reklamę majonezu, a
ty już, szachraju, żeś sobie piątkę na kostce ustawił. Co,
małycwaniaczek, tak?
To jeszcze raz rzucaj i nie będzie
kwestii... Rzucaj, nie patrze na telewizor, patrze na ciebie, czy
nie kantujesz... no i... no i... dwójka wpoadła, kanaciarzu!!!
Mówiłem, że wtedy piątki nie mogło być, tylko ją palcami
ustawiłeś... Oliwa zawsze na wierzch wypływa, mówi ci to coś,
głąbie?
Tata zaczyna!!! Proszę, rzucam trójke i stoję na polu
"zadania specjalne". Biorę kartę, czytam zadanie: "Powiedz, ile jest
7x8?" Nie wiedziałem, że z matematyki też są zadania specjalne, bym
sie przygotował... Co za głupie uśmieszki, co za głupie uśmieszki,
co taki jesteś mądry, wiesz? Jakbys przykładowo ty taką kartę
wylosował to co byś powiedział, co? Tearz taki mądry, a co byś
powiedział, jakby na ciebie padło? Słucham... aaa, widzisz, nie
wiesz, to masz trzy kolejki karne na podszkolenie się z tabliczki
mnożenia i trzy razy pod rząd rzucam ja... Co z tego, że nie am w
regulaminie takich zasad, jakbyś znał tabliczkę mnożenia, tobyśmy
się trzymali tregulaminu, a tak to gra jest pedagogiczna i
wychowawcza!!!
Rzut peirwszy: piątka, kupuje dom, drugi, czwórka,
wchodze do bazy, i szóstka, mijam metę, pobieram premię... Teraz ty,
grasz, ciumcioku matematyczny... Czemu nie grasz, co, z tatą nie
chcesz zagrać? Tata ci czas poświęca, a ty z tatą w grę planszową
nie chcesz walnąć? Lepiej ci komputery smakują, tak nawalanka, a nie
intelektualna rozrywka!!! Dobfrze, nie będzie gier planszowych, nie
będzie gier planszowych, jak nie chcesz. Od jutra zaczynamy
treninigi bosku!!!
A zatem
stało się! Po ponad 100 latach starań, porażek, ekesperymentów, homo
spaiens zaczął sie osiedlać na Marsie. Nie ukrywajmy - przecież to
nasze wielkie osiągnięcie - że znaczącą rolę w tym sukcesie odniósł
polski kosmonauta, Piotr Kubacki, który wespół z niemickim
towarzyzsem drogi, Hansem Weismulerrem przygotowali niezbedne
warunki dl apowstania nowych cywilizacji. . Dlatego też Mars został
podzielony na dwie strefy wpływów - niemicką i polską - które
zaczęły być urządzane na modłę swoich nowych właścicieli.
I tak
Niemcy zaczęli od budowy autostrad i sieci dróg lokalnych. Polacy od
rozpisania przetargu na budowę autostrad i siecidróg lokalnych,
który wygrała firma szwagra organizująca przeatrg.
3 pierwsze
budynki uzyteczności publicznej, jakie zostały oddane po stronie
niemieckiej to ambasada, lotnisko i hotel. Po stronie polskiej 3
pierwsze budynki to kościół, siłka i monopolowy nocny!
100
procent dostepnego cementu po stronie niemieckiej idzie na osiedle
domków jednorodzinnych. Dla Polaków domki jednorodzinne to pomysł
zbyt banalny, za to mamy 194 pomniki papieża, 216 Piłsudskich i 300
hipermarketów.
Wreszcie zaczynają przylatywać nowi mieszkańcy
Marsa, Niemcy i Poalcy. Niemcy zaczynają od uchwalenia budżetu i
katalogu podstawowych praw. Polacy też już by to zrobili, ale muszą
roztrzygnąć, czy kosmonauta Kubacki nie był agentem, bo podobno sa
na niego kwity i czy zona Kubackiego zgodnie z prawem pobierała
wynagrodzenie zasiadając w fundacji rolniczej "Kombajny na
start".
Nowe marsjańskie tereny okazują się być niezwykle łakomym
kąskiem dla innych państw, więć 90 procent budżetu niemieckiej
obrony narodowej idzie na szkolenie zołnierzy do działań w nowych
warunkach. Z kolei 90 proc polskiego budzetu jest przeznaczonych na
prowadzenie misji stabiliozacyjnej na Jowiszu. Joiwszanie są dumni i
wdzięczni!
Oczywiście, nowy lad, mnóstwo pracy, ale nie można
zapomniać o rozrywkach. Po stronie niemieckiej zbudowano dla dzieci
place zabaw, dla dorosłych boiska, korty, kina i teatry. U nas
sprawę załatwiono raz a dobrze - zorganiozwano wielki festyn -
zagrały Kaja Paschalska, Beata Kozidrak i Budka Suflera, a dochód z
festynu przeznaczono na zakup cegiełek, z których zostanie zbudowana
nowa skocznia narciarska. Mamut!!!
I teraz, nie wiedzieć czemu,
po pól roku po otwarciu Marsa dla obywateli mieszkańcy strony
polskiej dopytuja o możliwość zdobycia azylu po stronie niemieckiej.
Politycy prawicy uważają, że to wszystko przez postkomunistów!!! A
inni mówią, że gdyby nie Balcerowicz, to inaczej by to dziś
wyglądało!!!
Ponieważ Edyta Górniak zabroniła nam, dziennikarzy
prasy brukowej, pisać na swój temat, a trzeba było konsekwentnie
utrzymac wysoki poziom wierszówki, pojechaliśmy w Himalaje szukać
legendarnego czowieka śniegu... Tak jest, pochwalił nasz pomysł
redaktor naczelny, Yeti to temat zawsze na czasie, a gdyby się udało
pyknąć zdjątko, jak Yeti zjada, lub w najgorszym razie gwałci
jakiegoś alpinistę, no to premie będą jak się
patrzy!
Pojechaliśmy we czwórkę, ale jeden z nas od razu zamarzł,
więc tylko wzięlismy jego zapas żarcia i kolekcje znaczków
pocztowych, z którą kolega zmarźluch nigdy się nie rozstawał i juz
jako trio dziennikarskich hien z pism brukowych zaczęliśmy tropić
człowieka śniegu.
Łazimy, łazimy, łazimy, tydzień, dwa tygodnie,
miesiąc, pół roku, człowieka śniegu jak nie ma, tak nie ma...
Cholera wie, może gdzies do sanatorium pojechał, albo kupił sobie
dekoder i ogląda zachodnie ligi piłkarskie, nawet, kurka wodna,
legendarnego odbicia wielkich stóp nie udało się nam zobaczyć.
Za
to zza każdej himalajskiej skały wygląda paparazzi z aparatem, że
jeśliby gdzies w okolicy jego skały Yeti się pzrespacerował, to
miałby fotki na wyłączność, super premię, a pewno i nagrodę
pulitzera.
Aha, myśli nasze trio dziennikarskich hien z pism
brukowych, aż taka, wystawcie sobie drodzy państwo, konkurencja w
temacie człowieka śniegu!
I od razu rodzą się konflikty, bo jak
jakis alpinista idzie się wedzreć na himalajskie szczyty, to od razu
się paparazzi wydzierają, że za dużo hałasu taka ekspedycja robi i
się Yeti po prostu może sploszyć...
Przyznam szczerze - po roku
zacząłem mieć dość... Gdyby nie - he he - honor dziennikarskiej
hieny z prasy brukowej, to bym sobie od razu dał na wstrzymanie. I
okazało się - cierpliwość popłaciła. Patrzymy bowiem rano, a tuż
przed naszym namiotem odbity na śniegu ślad stopy tak dziwnej, że to
na pewno nie człowiek, ani klasyczne zwierzę być nie mogło. Pojaiwła
się hipoteza, że przed naszym namiotem przeszedł słoń z platfusem,
ale została odrzucona jako zbyt mało prawdopodobna. Zwłaszcza, ze
słoń platfus musiałby iść na dwóch tylnich łapach. Słoń platfus, w
dodatku akrobata? Nie, to byłby za duży przypadek...
Ach, jaka
radość i nadzieja w serca nasze wstapiła... Bez sniadania ruszyliśmy
po śladach, aby Yetiego złapać i obfotografować. Idziemy, idziemy,
ślady pięknie zachowane, widać, że przed chwilą Yeti tu był, mijamy
jedną skałę, druga skałę, wychodzimy na wielką polanę i... co za
pech, co za rozczarowanie. To nie był Yeti! To był potwór z Loch
Ness na feriach zimowych w Himalajach. Wróciliśmy do domu z
niczym!!!
W
naszym bloku ktoś, kuśtawka, ewidentnie robi na złość... A bo to
chyba nie może być przypadek, że normalnie, kuśtawka, winda jest
ciągle zepsuta, zsyp zapchany i domofon rozwalony, że już o ogólnym
syfie nie wspomnę. I co, samo by to się miało zrobić?. Nie ma
kuśtawka takiej możliwości...
Dlatego powołalismy, kustawka,
komisję, która podejrzanych wytypuje, wskaże i ukarze. Na czele
komisji stanął pan Romek, który moze nie jest specjalnie lotny, ale
ma papiery, że od 23 pokoleń jest rdzennym Polakiem, w dodatku imię
- Roman!!! Jesli ktoś ma imię Roman, to kuśtawka, nie ma zmiłuj,
musi w komisji zasiadać, choćby i matołęm był. No i dawaj pod
oblicze komisji wzywać podejrzanych albo takich, co nawet nie są
podejrzani, ale prawie na pewno winni.
Od razu na pierwszy ogień
poszedł pan Stolzman spod dziewiątki, który podczas ostatnich
wakacji grywał w tenisa z rezydentem obcego wywiadu. Sa na to,
kuśtawka, stosowne zdjęcia i dokumenty. Tłumaczenia Stolzmana były
mętne: "Owszem, grałem, ale nie na punkty", więc nie było
wątpliwości - jak ktoś z agentem w tenisa naparza, to co, windy
specjalnie nie rozwali? Wiadomo, kuśtawka, że rozwali i jeszcze
będzie z tego dumny.
I już mu przewodniczący Romek zasądził
podwójny czynsz.
A Grochowiakowa spod 14? W zasadzie nic na nią
nie ma, ale, kuśtawka, kolędy nie przyjęła... Jedni przyjmują
księdza, drudzy w tym czasie zapychają zsypy, to chyba jasne, co? A
jak już kogoś stać na zapchanie zsypu,to go tez stać na nawalanie
wielkim kamlotem po tabliczce domofonu. Żeby porządnym, kuśtawka,
ludziom było ciężej. I tu Romek nie tylko podwójny czynsz nakazał,
ale aluzyjnie Grochowiakowej wręczył kilka wizytówek firm, które się
zajmują przeprowadzkami!!!
Albo taki pan Sztyrc, który w naszej,
porzadnej, rdzennie polskiej klatce mieszka pod numerem 69...
Przeciez to jawna prowokacja!!! W dodatku Sztyrc jest ewidentnie
garbaty. A wiadomo, garbaci, kustawka, spiskują, albo przynajmniej
peta na podłogę rzucą... Co prawda Sztyrc nie pali, ale taki element
to gotów z podwórka peta przynieść i specjalnie na klatke rzucić.
Albo przynajmniej na klatkę napluć! Potrójny czynsz i codzienne
dyżury ze szmatą do czyszczenia podłóg. Na mokro!
Sprwaców
namierzono, kary nałożono i wyegzekwowano. Stolzmanowi
Grochowiakowej i Sztyrcowi nikt się nie kłania. Domofon dalej
rozwalony,winda stoi, tylko zsyp sie przepchał. Czyli co - opłaciło
się!!! No i jeszcze przewodniczący Romek dziarsko do góry nosa
zadarł i wszystkich wypytuje, kiedy sa najbliższe wybory na
radnego...
Wielce Szanwony Mości Książe!!!
Piszę do
Pana w niezbyt sympatycznej i ciekawej sprawie, ale za to z
sympatyczną i ciekawą propozycją. Otóż media doniosły, że podczas
ostatniej zabawy karnawałowej błysnął Pan wyrafinowanym poczuciem
humoru i przebrał się Pan za nazistę.
No cóż, głupich nie sieją,
sami się rodzą i tu można byłoby zakończyć. Ale jedna sprawa mocno
mnie zaintrygowała. Podobno pański tata, sam książe Karol postanowił
za karę wysłać Pana do Polski, żeby na własne oczy zobaczył Pan
muzeum w Oświęcimiu. I tu zaczyna się robić ciekawie - model
wychowawczy polegający na tym, że ojciec każe synowi jeździć za karę
po świecie i oglądać miejsca, z którym związane są jego grzechy to
naprawdę wielka szansa na ciekawą przygodę. W końcu kto nie lubi
podróżować.
Dlatego, Wielce Szanowny Mości Książe, proponuje, aby
na przyszłorocznej zabawie karnawałowej przebrał się Pan za Nerona i
dał do zeżarcia lwom paru chrześcijan. Za karę pojedzie Pan sobie do
Rzymu i zwiedzi Coloseum.
A za dwa lata niech się pan przebierze
za faraona i każe dźwigać swojemu giermkowi ciężkie kamloty - od
razu zaliczy Pan egipskie piramidy i sfinksa.
Później trzeba być
konsekwentnym - proszę ściąć głowę dowolnego przywódcy związkowego
za pomocą gilotyny - zobaczy pan Paryż.
Proszę ze swojego
książęcego statku huknąć z armaty w stronę dowolnego pałacu -
pojedziesz Pan sobie zwiedzić Rosję...
Woli Pan cieplejsze
klimaty? Proszę bardzo, można się przebrać za generała Franco i
słoneczne plaże Katalonii są w Pana zasięgu.
A jak by Pan z
własnej inicjatywy wybrał się do Sarajewa i walnął w jakiegoś
arcyksięcia, to kto wie, może by się zaczęła większa zadyma?
A
gdyby Pan tak wdrapał się na jakiś wieżowiec i zrzucił z niego
dowolnego psa, to ojciec najpewniej wysłałby Pana w kosmos, aby na
własnej skórze poczuł Pan co czuł wstanie nieważkości piesek
Łajka... Jest jakiś pomysł, prawda?
A propos wieżowiec - w
przypadku kilku innych miejsc zalecałbym ostrożność w dobiearniu
metod... Jeśli na przykład zamarzy się Panu wizyta w Nowym Jorku -
nie przebierałbym się za fundamentalistycznego taliba i nie
uderzałbym samolotem w wieżowiec, bo to mogłaby być ostatnia
wycieczka w ogóle.
Z podobnych przyczyn gdyby miał Pan ochotę na
odwiedzenie bazy Pearl Harbor nie naśladowałbym japońskich
kamikadze...
Życzę miłych podróży i wielu wrażeń
Ściskam
serdecznie i pozdrawiam
Tomek Jachimek
Kabaret Jachim
Presents
Polska
Ps. Polska to jest właśnie ten kraj, do
którego musi Pan za karę przyjechać!