Chłopcy
Robert -Gdzie byłeś?
Krzysztof -A co?
Robert -Pytam gdzie byłeś?
Krzysztof -O co ci chodzi?
Robert -Jest godz. 21.00, pracę kończysz o 18.00. Więc pytam
gdzie byłeś?
Krzysztof-W pubie.
Robert -Byłeś w pubie?
Krzysztof- No tak.
Robert -Przecież mieliśmy iść na 20.00 do Mirka.
Krzysztof- O kurcze, zapomniałem!
Robert -Po prostuzapomniałeś?!
Krzysztof- Nie tak po prostu ...miałem chandrę.
Robert -Aaachandrę? A od czego?
Krzysztof- Nie wiem.
Robert -Masz poprane...
Krzysztof- Wiem.
Robert -Masz ugotowane....
Krzysztof- Wiem.
Robert -Masz posprzątane...
Krzysztof- Wiem.
Robert -Ale od czego masz chandrę to ty nie wiesz?
Krzysztof- Nie wiem.
Robert -A czy ty pomyślałeś, ze ja też mogę mieć tego
wszystkiego dosyć, ze ja też chciałbym gdzieś wyjść? Do kina, do
teatru, pochodzić po sklepach z ciuchami...Nowiusieńkie centrum handlowe
otworzyli...
Krzysztof -Robert, sam zdecydowałeś, że chcesz zająć się
domem.
Robert -Krzysztof, powiedz mi tak szczerze.... Masz kogoś?
Krzysztof -Co?
Robert -Masz kogoś. To widać po bilingach...
Krzysztof- Co ty wygadujesz? Po prostu po pracy poszedłem z
Romkiem na piwo!
Robert -Z Romkiem?
Krzysztof- Tak. Ma problemy z Jurkiem i chciał pogadać.
Robert -Z Romkiem? Z tym z brodą? Może ja też zapuszczę
brodę? Zawsze lubiłeś przygody Rumcajsa.
Krzysztof -Ty już lepiej niczego więcej nie zapuszczaj...
Robert -Co???Czyli jednak przeszkadza ci, że utyłem.
Krzysztof- Nie! Nie przeszkadza mi, że utyłeś, że utykasz!
Nic mi nie przeszkadza!
Robert -Czy ja jeszcze dla ciebie coś znaczę?
Krzysztof- Robert. Znaczysz dla mnie co najmniej tyle samo co w
Pobierowie.
Robert- Nie wierzę Ci.
Krzysztof -Przestań! Zachowujesz się zupełnie , jak moja żona!
Robert -Żona? Nie....to ja już jestem zupełnie
zdezorientowany.
Krzysztof -Aj, bo ty zawsze miałeś problemy z orientacją.
Doktor Polański
(na scenie stoi facet, wchodzi lekarz)
Lekarz -Dzień dobry. Pan Smith?
Smith -Tak.
Lekarz -Jestem doktor Polański.
(motyw muzyczny z "Dziecko Rosemary")
Lekarz -Pana żona rodziła dzisiaj u nas?
Smith -Zgadza się.
(motyw muzyczny z "Dziecko Rosemary")
Lekarz -Dlaczego pan pyta?
Smith- Bo...
(motyw muzyczny z "Dziecko Rosemary")
(motyw muzyczny z "Dziecko Rosemary")
Smith -Ale urodziła już?
Lekarz -Tak.
Smith -I co? Chłopczyk, czy dziewczynka?
(motyw muzyczny z "Dziecko Rosemary")
Lekarz -Jakby to panu powiedzieć...
(startuje motyw muzyczny z "Dziecko Rosemary")
Lekarz-To chłopczyk...(startuje motyw muzyczny z
"Dziecko Rosemary")Albo dziewczynka...(motyw)Nie
wiem.
(motyw muzyczny z "Dziecko Rosemary")
Smith -Jak to nie wie pan?
Lekarz -Nie zdążyłem zobaczyć. Jestem w szoku poporodowym!
(motyw muzyczny z "Dziecko Rosemary")
Smith -Ale wszystko w porządku?
Lekarz -Tak. Pana żona ma na imię Rosemary?
Smith -Tak.
(motyw muzyczny z "Dziecko Rosemary")
Lekarz -A czy w pańskiej rodzinie...
Smith -Tak...
Lekarz -Czy w pańskiej rodzinie był ktoś, kto był czarny
albo miał rogi?
Smith -Nie.
(motyw muzyczny z "Dziecko Rosemary")
Lekarz -W takim razie pan pierwszy ma rogi, a dziecko pierwsze
jest czarne.
Monolog piłkarza
Skoro ma być poważna rozmowa i mamy otwarcie mówić,
i mają padać ostre słowa to ja powiem. No.
Jacek, ostatni defensywny obrońca. Za mną już tylko
bramkarz. A co? Że się jąkam, no co zdenerwowany jestem. Przede mną
trudne zadanie, powiedzieć prawdę i nie wypaść ze składu. Jeden niski
napastnik już tak powiedział i nie było dla niego miejsca na ławce
rezerwowych. Z boku na bidonach z wodą musiał siedzieć, to aż całe pośladki
go bolały
I faktycznie jest niezdrowa atmosfera w zespole, bo mówi
się, że gramy na diamenta, i teraz ja a i tak samo i koledzy chcielibyśmy
wiedzieć jak to jest na tego diamenta. Bo do szesnastego metra to ja wiem
co mam robić, a dalej to jak wszyscy - improwizuję.
I potem czytam w prasie fachowej po porażce z Dumnymi
Synami Albionu, że nas wszystkich tylko do jednego wora spakować i do
Wisły wrzucić. A ja sobie rzekę sam wybiorę, jak trzeba będzie, ja
gram we Francji w Le..., Tomek gra w Nyr... też trudna nazwa.
A że już nie wspomnę o tym, że jak ostatnio na
treningu zacząłem rogale wkręcać, to aż trener żartował, że mógłbym
w piekarni pracować, no to ja mówię, że mam nowe, fajne buty. I co? I
w szatni po treningu poszedłem pod prysznic, wracam, a butów nie ma. No
nie ma. I ja tutaj nie chciałbym rzucać fałszywych oskarżeń w stronę
drugiego golkipera, ale jak patrzę na jego fryzurę, to samochodu bym mu
nie pożyczył.
No i ten drugi trener - Sko sko sko skąd on jest? Ja
sobie wypraszam, żeby jakiś facet w dresie mi mówił, co ja mam na
treningu robić.
Albo sprawa tego zawodnika, nie pamiętam jego
nazwiska, no nie pamiętam, gdzieś w polskiej lidze piłkę klepie. To
trener mu powiedział, że albo gra w reprezentacji, albo żeby się w dupę
pocałował, no to on wziął się i pocałował i nie gra. To aż nawet
nasz masażysta mówił, że to jest niemożliwe. No to jak on robi takie
niemożliwe rzeczy, to może niech on gra.
Bo potem podchodzą do mnie dziennikarze i się pytają,
jak pomóc polskiej reprezentacji, a ja się pytam: W czym?
Dyrektor 4 - Zwolnienie Wątora
(na scenę wchodzi Dyrektor. Chodzi chwilę tam i z powrotem)
Dyrektor -Muszę go zwolnić. Tylko jak to zrobić, żeby się
potem dobrze czuć? Wiem.(zaczyna ćwiczyć jak w teatrze)Panie
Wątor, mam dla pana złą wiadomość. Zostanie pan zwolniony. Nie. To
zbytłagodne. Panie Wątor, wyrzucam pana na bruk! Za słabo.Won!!! Ty łajzo!
(na dźwięk słów "Ty łajzo" natychmiast pojawia się
Wątor)
Wątor -Wołał mnie pan?
Dyrektor -Aaa, jest pan... Proszę wejść.
Wątor -Według procedury?
Dyrektor- Tak.
(Wątor zdejmuje buty, wchodzi, klęka i całuje dyrektora w rękę)
Dyrektor -Panie Wątor.... Jak ocenia pan swoją pracę na
przestrzeni ostatniego
miesiąca?
Wątor -(chrząka)Uważam, że na przestrzeni
ostatniego miesiąca poczyniłem ogromne postępy.
Dyrektor -Jakie?
Wątor -Już mi się nie mylą pieczątki i z mniejszymi
obawami o utratę zdrowia podchodzę do komputera. Już się nie boję, że
mi rękę urwie. Bo mam drugą.
Dyrektor -Nie sądzi pan, że to trochę zbyt mało jak na dział
marketingu?
Wątor -Nie.
Dyrektor -To ja panu powiem, że to za mało.
Wątor -Jest pan pewien?
Dyrektor- Tak.
Wątor -To ja teraz jestem trochę w potrzasku... To jak pan
chce to mogę donosić na kolegów z pracy...
Dyrektor- Co?
Wątor- Mogę kapować.
Dyrektor -Tak? A co pan takiego wie, czego ja nie wiem?
Wątor -A o kim?
Dyrektor -A na przykład o Zientarskim.
Wątor -(konfidencjonalnie)Zientarski podbiera papier
do ksero i po całych dniach siedzi w internecie.(ogląda się
za siebie)Ogląda.(ogląda się za siebie).samochody.
I mam jeszcze coś na szefa straży zakładowej.
Dyrektor -No?
Wątor -(mówi coś na ucho dyrektorowi)
Dyrektor- Co?
Wątor- I to w czarnym lateksowym płaszczu.
Dyrektor -Co wy mi tutaj prywatne sprawy pracowników
wywlekacie?
Wątor -A Kaczyński ze swoim bratem w Warszawie...
Dyrektor- Dość!(wyciąga gazetę)Musimy
zrobić w zakładzie cięcia.
Wątor -Panie dyrektorze, mogę donosić, ale nikogo nie zabiję.
Dyrektor -Nie to miałem na myśli. Znalazłem w prasie ogłoszenie,
które powinno pana zainteresować(daje mu gazetę)Proszę
czytać.
Wątor -Zatrudnię młode kobiety do pracy w klubie w Berlinie.
Dyrektor- Wyżej.
Wątor -(zaczyna mówić wysoko)Zatrudnię młode
kobiety...
Dyrektor -Ogłoszenie wyżej!
Wątor -Aaa. Praca, przy skręcaniu długopisów na akord.
Dyrektor -Ciekawe prawda?
Wątor -Ale nie dla mnie. Ja mam pracę tutaj.
Dyrektor -.
Wątor -Nie! Pan chce mnie zwolnić!
Dyrektor -Tak.
(Kuli się i zaczyna płakać, wtedy dyrektor dostrzega ogromną
wypaloną dziurę w marynarce na plecach)
Dyrektor -Co pan ma na plecach?
Wątor- Wypalona dziurę... Mieliśmy zajęcia z biurowego
sovouir vivre'u.
Dyrektor- Z czego?
Wątor -Z biurowego.tego. surwiwalu.
Dyrektor- I co wy tam robiliście?
Wątor -Uczyliśmy się zmieniać kartridże w drukarce i mi się
marynarka zapaliła.
(zaczyna ryczeć)
Dyrektor- Od kartridża?
Wątor -No właśnie nikt nie potrafił tego wyjaśnić, a
potem rzucili się na mnie z kocem gaśniczym, to do dzisiaj mnie
wszystkie żebra bolą. Na szczęście zatrzymali strażaka z toporkiem,
bo ja nie wiem co by było...
Dyrektor- Ja nie mam do pana cierpliwości. Zwalniam pana! Won!
Wątor -Ale co, że jutro mam już nie przychodzić?
Dyrektor- Ani jutro, ani pojutrze, ani nigdy! Żegnam!
Wątor -To ja odchodzę. Adios.(smutny odwraca i
wychodzi)
Dyrektor -To był dla mnie trudny dzień.
(nagle znowu pojawia się Wątor, zanosi się płaczem)
Dyrektor- Słucham pana.
Wątor- Nie mam ci nic do powiedzenia ty gnoju przyszedłem po
buty.
Dyrektor- Powiedział pan do mnie "Ty gnoju"?
Wątor- Nie kurwa, do siebie.
Dwaj dziwni złodzieje
(Dwóch facetów idzie w rytm muzyki, podchodzą do mikrofonów,
muzyka narasta)
Albert -(panicznie)Hymmm!
Rysiek- Co?!
Albert- Zostawiłem włączone żelazko w domu!
Rysiek- W którym domu?
Albert- Nie pamiętam.
(Idą dalej. Podchodzą do mikrofonów, zatrzymują się, rozglądają,
znowu ruszają. Robią pełny obieg i podchodzą do mikrofonów.)
Albert- Rysiek,
Rysiek- Co?
Albert- Czyj to dom?
Rysiek- Znasz tego wysokiego gościa ?
Albert- .
Rysiek -Tego byłego koszykarza.
Albert- .
Rysiek- Tego, co mu dzieci na samochodzie wydrapały, co o nim
myślą.
Albert -.
Rysiek- No tego, co ma taką piękną żonę, co chodzi w
takich krótkich miniówkach.
Albert- Aaa, to wiem!
Rysiek- No! To jego sąsiada.
(na chwilę ruszają)
Albert- Rysiek.
Rysiek- No?
Albert -Mogę cię o coś zapytać?
Rysiek -Nie mam przy sobie pieniędzy.
Albert- Nie o to chodzi.
Rysiek- A to pytaj ile wlezie.
Albert- Jak wygląda klucz wiolinowy?
Rysiek- Ale nasadowy, czy płaski?
Albert- Nie wiem, syn ze szkoły wrócił i pytał, czy wiem
jak wygląda. To powiedziałem, że wiem. Bałem się wyjść na durnia.
Rysiek- A skąd mu ten klucz do głowy przyszedł?
Albert- Pojęcia nie mam.
Rysiek- Widzisz? Ty lepiej się dowiedz, czy on jakiś narkotyków
nie bierze.
Albert- Masz rację. Wleję mu, to wszystko wyśpiewa.
Rysiek- Wlej mu wrzątku.
(znowu idą, Rysiek schodzi w publiczność)
Rysiek- Albert.
Albert- Co?
Rysiek- Patrz! Facet ma facet ma w domu kolekcję figur.
Albert- Ale!
Rysiek -Idę się rozejrzeć .(świeci na jakąś babkę)Albert
patrz, ale figura! Wezmę ją sobie!
Albert- Po co ci?
Rysiek- Żebym miał w domu ładnie.
Albert -U ciebie w domu ładnie?
Rysiek -No. Bo jak jestem w domu, to jest trochę ładnie. A
jak mnie nie ma, to nie jest. A tak posadzę figurę i cały czas będzie
ładnie.
Albert- Myślę, że to będzie zbytek eklektyzmu.
Rysiek- . Sam głupi jesteś.
(znowu ruszają)
Rysiek- Albert.
Albert- Co?
Rysiek- Widziałeś tutaj jakiś telewizor?
Albert- Na razie nie.
Rysiek- Albert.
Albert- No co?
Rysiek- Wiesz, czuję się trochę jak złodziej.
Albert- A co zrobisz, jak po dobroci nie chcą cię do domu wpuścić?
Rysiek- Mówiłem ci. Najlepszy jest numer z księdzem.
Albert -Rysiek, ksiądz po kolędzie w czerwcu?
Rysiek- Duże osiedle, to trochę mogło mu zejść.
Albert- Rysiek, ty nie bądź taki mądry, bo cię pająk za
obraz wciągnie.
(już prawie ruszają)
Rysiek- Ale to nie jest w porządku, że my bez wiedzy właściciela
chodzimy po jegodomu.
Albert- A jak ten właściciel bez naszej wiedzy ogląda
telewizję, to to jest w porządku?
Rysiek- Oj, jak sobie pomyślę, że ktoś ogląda "M jak
miłość" bez płacenia abonamentu to jakbym.
Albert- Rysiu trochę godności. Pamiętaj, mimo wszystko jesteś
pracownikiem poczty.
Zygmunt i Jasiu
Występują:
Jasiu - człowiek "dupa" - poniewierany przez los i żonę
Zygmunt - stary kolega Jasia z budowy.
Jasiu przybiega na przystanek autobusowy. W rękach trzyma reklamówkę.
Jasiu -Cholera. Spóźniłem się. Autobus odjechał. Stara
mnie zabije. Pół godziny w ciemnościach. Ale lepsze to niż cały dzień
w domu. Niby miło, ale schować się nie ma gdzie.
Wchodzi Zyga
Zygmunt- Przepraszam... Czy nie wie pan. Jasiu?
Jasiu -Zygmunt?
Zygmunt- Jasiu!
Jasiu- Zygmunt! Co ty tu robisz?
Zygmunt- Przejeżdżałem właśnie i komórka mi się rozładowała,
a muszę zadzwonić. Wydaje mi się, że stała tu kiedyś budka
telefoniczna?
Jasiu -Stała, ale była metalowa. Teraz to kawałka drutu nie
można bez opieki zostawić.
Zygmunt -Jasiu, powiedz, co u ciebie?
Jasiu -Aaaa.żona mi przytyła.
Zygmunt -.Jeszcze?. Ty to masz w tym domu Jasiu.
Jasiu- A tam od razu dom. Zwykła kawalerka.
Zygmunt- Ale z aneksem kuchennym. A to już nie są żarty.
Jasiu -No tak. I mam tapetę zmywalną nad zlewem.
Zygmunt- To masz podwyższony standard.
Jasiu- No. O tyle(pokazuje palcami mały kwadrat)
Zygmunt- Oj, jak sobie przypomnę jak razem staliśmy przy
betoniarce i beton kręciliśmy?(śmieją się)To
były czasy! A pamiętasz.
Jasiu -No!!! A co?
Zygmunt- Pamiętasz, jak przyniosłem do pracy kanapkę ze
serem pleśniowym?
Jasiu- No! Ja miałem wtedy z wędliną. Też pleśniową.
Zygmunt- Cośmy się wtedy we dwóch naśmiali, nie?
Jasiu- A tylko jeden się najadł.(cisza)A
co u ciebie Zygmunt?
Zygmunt- Dobrze. W Niemczech siedzę?
Jasiu- Za co?
Zygmunt- Pracuję tam.
Jasiu- A jak sobie załatwiłeś pracę?
Zygmunt- Tak jak wszyscy. Wsiadłem do pociągu, pojechałem do
Hamburga i powiedziałem do ciotki: "Załatw mi robotę"
Jasiu- I załatwiła?
Zygmunt- No. Nawet po fachu.
Jasiu- Beton kręcisz?
Zygmunt- Nie. Dziury w ścianach pruję.
Jasiu- I jak tam ci się żyje?
Zygmunt- Oj, dobrze Jasiu. Bardzo mi urosła stopa życiowa.
Jak wchodzę do sklepu , to ja sobie mogę na wszystko pozwolić. I kupuję.
Od lewej: Sznikers, Ankel Benz, Pedigree Pal,
Jasiu- Pedigri Pal?
Zygmunt- No, takie konserwy mięsne. Bardzo smaczne. Polecam.
Zresztą, tam wszystko można kupić.
Jasiu- To tak jak u nas w Biedronce(pokazuje
reklamówkę)
Zygmunt- Byłeś na zakupach?
Jasiu- No, dostałem bony z pracy.
Zygmunt- To ty jednak dobrze masz.
Jasiu -Z bonami tak.
Zygmunt- Z żona gorzej co?
Jasiu- No. Żona nie bon, nie można jej w biedronce zostawić.
A szkoda, bo dużo bym kupił.
Zygmunt -No dobra! Postaliśmy, pogadaliśmy a ja muszę lecieć.
Interesy wzywają. A może cię gdzieś podrzucić moim Audi A6 rocznik
'99 srebrny metalik nie bity?
Jasiu- Nie bity... Zazdroszczę mu.
Zygmunt- To co, jedziesz?
Jasiu- Aaa, poczekam na autobus. Dłużej na wolności.
Zygmunt- No jak chcesz. Trzymaj się. Wszystkiego dobrego, szczęścia,
zdrowia, pomyślności...
Jasiu- Nie żartuj.
Zygmunt- To trzymaj się.(Zygmunt chce iść)
Jasiu -Zygmunt, a pozdrowić od ciebie moją żonę?
Zygmunt- Nie.
Jasiu -Dzięki.
Biurwa
(wchodzi kobieta mówiąca płaczliwym tonem, przy uchu
trzyma słuchawkę od telefonu stacjonarnego, kabel się naciąga, naciąga)
- Tak, tak, panie dyrektorze! Tak. Tak. Nie .Nie. Ja
nie płacze. Ja mam taki głos. Halo! Halo! Nie słyszę szefa! Ja szefa
nie słyszę!!(kabel od słuchawki jest już maksymalnie rozciągnięty)Kończy
mi się zasięg!!!(wyrzuca słuchawkę, zaczyna mówić w kierunku
publiczności)
To znaczy, bo ja pracuje w takiej firmie na stanowisku
biurowym, ale w papierach mam, że pracownik umysłowy. Czy jakoś tak. I
ja tam siedzę przy komputerze, przy telefonie, przy szafie.
I kiedyś w firmie była taka kołomyja, bo przyjechał
kierowca z towarem od zagranicznego kontrahenta. A szefa nie było, bo
pojechał na delegację do Sulęcina. I wszyscy wpadli w panikę, kto z
tym kierowcą będzie rozmawiał. To ja powiedziałam, że ja. I wtedy się
wszyscy rozbiegli do swoich zajęć. A ja poszłam do tego kierowcy i mu
powiedziała, że jak się w dwie godziny uwinie, to ja mu coś dam. I po
dwóch godzinach siedzieliśmy sobie w gabinecie szefa popijając
koniaczek. I jak już się zrobiła taka luźna, przyjazna atmosfera, to
się otworzyły drzwi i weszła nasza księgowa. To ten kierowca mi potem
powiedział, że on czegoś podobnego w całej Europie nie widział. A ja
się z nim zgodzę, bo nasza księgowa, jakby ją rozczesać, ogolić i
dodać 20 cm, to się cisną na usta dwa słowa...Coś podobnego.
I potem przyjechał szef i udawał, że jest zdenerwowany przez ten koniak
na mnie, to się dopiero następnego dnia u niego na dywaniku okazało, że
nie udawał.
A, i ja jeszcze oprócz tego, że pracuje przy
komputerze, przy telefonie, przy szafie, to obsługuję promocje. Dwie
promocje. Jedna na gwoździe, a druga na drut....Tak, na drut kolczasty. I
ja sobie w środę pomyślałam, że to jest trochę dużo, jak na moją
pensję I powiedziałam to szefowi, a on mi powiedział, że to jest
normalne i że się powinnam cieszyć, że w takiej renomowanej firmie
pracuje, a nie tylko narzekam i narzekam. A ja nigdy jeszcze nie narzekałam(zaczyna
mówić płaczliwym tonem), tylko płakałam zawsze, to może on o
tym płakaniu mówił. Mu się pomyliło po prostu. To ja mu powiedziałam,
że ja się bardzo cieszę, tylko, że jestem taka zarobiona, że nie mam
kiedy głowy umyć, i że bym chciała podwyżkę. A on powiedział, że
ja chyba żartuje. A ja faktycznie żartowałam, ale z tą głową, bo
przecież mam kiedy, ale z podwyżką nie. I ja mu to chciałam wyjaśnić,
ale jak się rozejrzałam, to jego już nie było w gabinecie. Chyba w
trakcie wyszedł.
Bo u nas w firmie jest duża presja. I wczoraj była
taka duża presja, że kilka osób nie wyrobiło i wyszło z pracy przed
17.00. A my pracujemy do 16.00, tzn. na papierze, bo normalnie, to
codziennie do 17.00 dziubiemy. I szef miał w tym dniu nie wracać, ale wrócił.
I jak zobaczył, że nas nie ma, to się wściekł i znowu mnie do siebie
wezwał i od progu krzyczał, że nas zwolni. A gdzie on z dnia na dzień
100 takich fraj...pracowników znajdzie. To postanowiłam mu ratować firmę.
I dawaj, zaczęłam żartować:, że szef zawsze tak ładnie wygląda i że
mu spod marynarki jakaś nowa i znowu ładna koszula wystaje i że markowo
pachnie od szefa. I jak on się tak trochę udobruchał, to jeszcze go
zaprosiłam na lunch. I jak poczułam, że już go mam, to go dobiłam
rubasznym żartem, który zawsze mam w pogotowiu o tej sekretarce, co weszła
w mini na drabinę. (sama się śmieje na wspomnienie żartu) No.
I na koniec docisnęłam informacją, że my tą godzinkę odpracujemy. A
on skubany był czujny i powiedział, że nie godzinkę, tylko wszystkie
godzinki od początku roku, czyli to będzie jakieś 130 godzinek. To ja
powiedziałam, że luz. Tylko teraz będę to jakoś musiała ludziom
powiedzieć.
To znaczy, bo ja jeszcze nie mówiłam. Bo my w firmie,
oprócz wszystkiego, sprzedajemy lampy.(zaczyna chlipać)I w
tamtym miesiącu każdy miał sprzedać tych lamp 1620, a ja sprzedałam
tylko 1000.(coraz bardziej chlipie). I jak dyrektor mnie do
siebie wezwał, to ja się rozpłakałam (mówi przez łzy) To on
mi powiedział, żebym się przestała zachowywać jak dziecko. To ja mu
wtedy wszystko wygarnęłam:, Że nie mam faceta, nie mam dziecka,
mieszkania, samochodu, a mam już 33 lata. I że mam dość i żeby mnie
pocałował. I on mnie wtedy pocałował, bo się okazało, że on się we
mnie od początku kochał. (rozjaśnia się, weseleje)
I teraz mam i faceta i dziecko i dom i samochód i 35
lat. I teraz, jak Krzychu jest moim mężem, to wcale lepiej nie mam, bo
jak wyskoczyłam dzisiaj w czasie pracy mu kotleta usmażyć, to on mnie
znowu do siebie wezwał na dywanik. No to pójdę..., bo to w końcu szef
jest.... A ja nie raz przecież już u niego byłam... na dywanie.