Z KOLBERGIEM PRZEZ ŚWIAT
NA ODDZIALE
Co dzień na oddziale naszym
Coś dziwnego dzieje się
Bo pan lekarz nie uważa
Stąd to bierze się.
Napoleon chlapie zupą
Robi wszystkim nam na złość
Je z rękami za pazuchą
Taki głupi gość.
Gordon-Benet mnie stresuje
Wdycha z zapalniczki gaz
Boję się, że eksploduje
I pochlapie nas.
A Mickiewicz wybił szybę
Jak się ze Słowackim bił
Przez to z okna wypadł Ikar
I rozwalił ryj!
Reagan zjadł dziś pelargonię
A kotleta nie chce jeść
Teraz kotlet jest w wazonie
Pelargonia uuu... gdzieś.
A Joanna d'Arc zgłupiała
Mówi, że odejdzie stąd
Że góralem jest z Podhala
Porypało ją!
Wszyscy jacyś nienormalni
I ja Ľle się czuję tu
Nie chcę być już Marilyn Monroe
Tylko Winetou...
Słowa: Władysław Sikora
Melodia: Władysław Sikora
TRZECH TWARDYCH FACETÓW
Osoby:
Pierwszy twardy facet - swój chłop
Drugi twardy facet - swój chłop
Trzeci twardy facet - lekko nieswój
Miejsce akcji:
Przedmieście w okolicy Nowego Jorku
(Dwóch twardych facetów stoi w miejscu słabo oświetlonym i
z leniwym spokojem wymieniają luźne uwagi)
Pierwszy twardy: - Ładny dziś wieczór Majk. Prawda?
Drugi twardy: - Masz słuszność, Dżon. Dawno nie widziałem takiego księżyca...
Pierwszy twardy: - Bo to lampa, Majk. Dawno nie widziałeś takiej lampy.
Drugi twardy: - Przestań Dżon, bo znów będę musiał cię zastrzelić!
Pierwszy twardy: - O kei. Niech będzie księżyc.
Drugi twardy: - Senks, dziękuję. Musiałbym kupić sobie nowy nabój.
Trzeci twardy: (jak to obcy, pojawia się nieproszony) - Hau du ju
du, chłopcy... (żaden z twardych facetów ani nie drgnął) -
Powiedziałem: Hau du ju du!
Pierwszy twardy: (drgnął) - Hau!
Trzeci twardy: - Chcecie się zabawić?
Pierwszy twardy: - Nie! Mamy robotę.
Trzeci twardy: - Mokrą...
Drugi twardy: - Skąd wiesz?
Trzeci twardy: (przyglądając się wyposażeniu dwóch twardych) -
Poznałem po ręcznikach.
Drugi twardy: - Bystry jesteś. Pewnie pracujesz dla tych cholernych glin.
Będziemy musieli cię załatwić.
Trzeci twardy: - Sam się załatwię. Gdzie tu jest toaleta?
Drugi twardy: - Tu nie ma toalety! Tu jest szambo. Cholerne szambo...
Pierwszy twardy: - Wpadłeś cwaniaczku. Teraz rób co każemy i żadnych
kawałów!
Trzeci twardy: - Źle robicie, chłopcy. Znam świetny o babie i lekarzu.
Pierwszy twardy: - Zamknij się, siarap!
Trzeci twardy: - O kei. Ale coś wam powiem: nigdy mnie nie wykończycie.
Pierwszy twardy: - He he he... to bluf!
Trzeci twardy: - To nie bluf, Smis.
Pierwszy twardy: - Skąd wiesz, że nazywam się Smis?
Trzeci twardy: - Znałem paru takich dupków jak ty. Wszyscy nazywali się
Smis.
Drugi twardy: - Ten facet za dużo wie. Zaraz go wykończę!
Pierwszy twardy: - Zostaw go mi. (zwraca się do trzeciego) Posłuchaj
cwaniaczku: teraz policzę do pięciu i cię zastrzelę. Anderstand?
Trzeci twardy: - Nic z tego. Ja policzę do czterech i ucieknę.
Pierwszy twardy: - Szit, o kupa! Z tym liczeniem to nie był dobry pomysł.
Drugi twardy: - Cóż, zastrzelę go bez liczenia. (strzela bez
liczenia)
Pierwszy twardy: - Zabiłeś go, Majk?
Drugi twardy: (zajęty studzeniem pistoletu) - Nie wiem. Nie chce
mi się odwrócić.
Trzeci twardy: - Spudłowałeś, Łeic.
Drugi twardy: - Skąd wiesz, że nazywam się Łeic.
Trzeci twardy: - Znałem paru takich zezowatych dupków jak ty. Wszyscy
nazywali się Łeic.
Drugi twardy: - O kei. Wygrałeś Borewicz.
Trzeci twardy: - Skąd wiesz, że nazywam się Borewicz?
Drugi twardy: - Znam tylko jednego takiego nudnego dupka jak ty, i on właśnie
nazywa się Borewicz.
Trzeci twardy: - A to namber...
KONIEC
Autor: Władysław Sikora
UMARŁ STASZEK
Osoby:
Staszek - postać o zdecydowanych poglądach na życie
Ona - osoba rodzaju żeńskiego
Kolega - przyjaciel w niepełnym wymiarze
Burza
Łzy
Staszek: - Obudziłem się dziś rano i stwierdziłem, że życie nie ma
najmniejszego sensu. (robi sobie dziurę w głowie za pomocą nabitego
pistoletu) - O! (upada na ziemię lekko nieżywy)
Ona: (nadchodzi wraz z kolegą) - O Staszek nie żyje. Szkoda.
Kolega: - To był dobry chłopak. Miał złote serce i dwa srebrne zęby.
Ona: - To smutna chwila. Straciliśmy przyjaciela, fachowca, sąsiada,
kolegę, brata i obywatela. Jeden strzał, a sześciu nie żyje. Dlaczego?
Kolega: - O-to jest pytanie. Być, albo nie być?
Staszek: (wyraĽnie wcina się do rozmowy) - Nie być! Nie być! (ponownie
robi sobie dziurę w głowie za pomocą nabitego pistoletu)
Ona: (zwraca uwagę na hałas w formie huku) - Grzmi... Idzie
burza.
Burza: (idzie)
Kolega: - Lepiej żeby nie padało.
Burza: (wraca)
Ona: - Niech już pada.
Burza: (wkurzona oddala się w nieznanym kierunku)
Kolega: - Przeszło bokiem... Z deszczem jest jak z życiem: kiedyś się
zaczyna, kiedyś się kończy, a czasem przechodzi bokiem.
Ona: - Nie filozuj! Prawda jest bardziej prozaiczna: Staszek nam stygnie.
Kolega: - O tak. Straszna jest ostateczność śmierci. Staszek jeszcze
wczoraj był wysoki, a dziś jest tylko długi. Czy można w to uwierzyć? Można?!?
Ona: - Można. Spójrz: Mgła zasnuła jego oczy, chłód ogarnął jego
ciało, a serce bić przestało. Strona sto trzydzieści podręcznika medycyny:
zgon.
Kolega: - A więc jednak! Niech łzy się poleją nad losem Staszka.
Łzy: (się leją)
Ona: - Łzy tu nic nie pomogą.
Łzy: (wkurzone oddalają się w nieznanym kierunku)
Kolega: - Tyle możliwości miał przed sobą! Dlaczego wybrał postać
nieboszczyka?
Ona: - Wydaje mi się, że upraszczasz. Przecież on nie jest postać,
tylko poleżeć...
Kolega: - Tak wiele się zmieniło. Jak dalej żyć?
Staszek: (ponownie wcina się do rozmowy) - Nie żyć! Nie żyć! (robi
sobie dziurę w głowie za pomocą nienabitego pistoletu)
Kolega: - Co w takiej chwili znaczą nasze codzienne sprawy? Wszystko
staje się nieważne... Bilet miesięczny stał się nieważny: odkleił się
znaczek.
Ona: - Lecz żyć trzeba dalej. Kiedyś wszyscy znajdziemy się tam gdzie
jest Staszek, Kochanowski z Urszulką, ojciec Hamleta i dobry indianin. Wszyscy
spotkamy się tam - w niebie, i powiemy: "O kurde, ale wysoko zaszliśmy".
KONIEC
Autor: Władysław Sikora
W PUSTYNI I W PUSZCZY, A ZWŁASZCZA W PUSTYNI
Osoby:
Staś - jak zwykle niezwykle bohaterski
Nel - kobietka w sam raz dla Stasia
Fatamorgana - autochton pustynny
Słoń - osobnik z kompleksem trąby
Miejsce akcji:
Sahara
Staś: (wlecze Nel przez całą pustynię wzdłuż i wszerz) - ChodĽ
Nel, chodĽ!
Nel: - Dokąd idziemy?
Staś: - Pójdziemy tam, albo nie... Tam! Albo nie... Tam! Widok znajomy
ten coś mi przypomina...
Nel: - Co?
Staś: - Żółty wiślany piach. ChodĽmy tam.
Nel: - Nie chcę, nie mogę, nie lubię! Gorąco mi.
Staś: - Zaraz ci przejdzie. (wachluje Nel czymkolwiek)
Fatamorgana: (pojawia się z powodu upałów) - Lody bambino, lody
bambino!
Staś: - Nie zwracaj na niego uwagi, to fatamorgana.
Fatamorgana: - O cholera! Rozpoznali mnie. Chyba przesadziłem z tymi
lodami... (znika wśród piasków)
Nel: - Stasiu, zrobisz coś dla mnie?
Staś: - Wszystko!
Nel: - Ja chcę słonia!
Staś: - Słonia? Już jesteś głodna?
Nel: - Nie. Ja chcę słonia, żeby mnie powachlował uszami!
Staś: - Zaraz ci jakiegoś złapię. (przystępuje do czynności
łowczych, jak zwykle z dobrym skutkiem) - Mam go!!! ChodĽ tutaj! (słoń
właściwy nieco się opiera, sytuację próbuje wykorzystać Fatamorgana
pojawiając się w postaci słonia niewłaściwego) - Nie ty! (Staś
jak zwykle radzi sobie z trudnościami - przegania Fata-morganę i obezwładnia
słonia właściwego) - Słoniuuu, sprechen Sie Mozambik?
Słoń: - Yhm.
Staś: - Masz być dobry dla Nel! Jasne?
Słoń: - Yhm.
Staś: (przyprowadza słonia do Nel)
Nel: - A co to za paskudztwo?
Słoń: (rozgląda się z niepokojem) - Gdzie, gdzie?
Nel: (wskazuje na słonia) - Tu, tu!
Słoń: - Tu to ja. Słoń.
Nel: - Słoń? A dlaczego masz takie małe uszy?
Słoń: - Żeby cię gorzej słyszeć!
Nel: - A dlaczego masz takie małe oczy?
Słoń: - Żeby cię gorzej widzieć!
Nel: - A dlaczego masz taki mały brzuch?
Słoń: - Bo mało jem!
Staś: (z dumą) - U nas będziesz się mógł najeść do woli.
Słoń: - A wypchajcie się!
Nel: - A co to znaczy, proszę słonia? Czy słoń nam łaskę robi?!
Słoń: - A tak! Lepsza na wolności marchewka, niż w niewoli dwie
marchewki! Uwolnić słonia!
Staś: - Dostaniesz trzy marchewki, ale masz wachlować Nel uszami.
Nel: - Wachluj, bo dostaniesz w trąbę!
Słoń: (pęka) - Już, już wachluję. (wykonuje serię
ruchów uszami)
Fatamorgana: (pojawia się pomimo niewysokiej temperatury) - Ej wy!
Wypuśćcie zwierza.
Staś: - A ty co?!
Fatamorgana: - Ja Fatamorgana do zadań specjalnych - Wydział Ochrony Słoni.
Staś: (stawia się) - Słonia nie dam!
Fatamorgana: (grozi) - To będzie zadyma.
Staś: - Dobra!!! Orkiestra grać, będziemy się naparzać.
Orkiestra pustynna: (rżnie od ucha swojskie kawałki)
Staś: (wykonuje zestaw zamachów ćwiczebnych)
Fatamorgana: (obala się z hukiem na piasek) - Ała, ała, ała!!!
(?)
Staś: - No co jest? Przecież cię jeszcze nie uderzyłem!
Fatamorgana: (bardzo rozsądnie) - A co? Miałem czekać?
Staś: - Nel, wygrałem.
Nel: - Gratuluję Stasiu! Myśmy z Sienkiewiczem zawsze na ciebie liczyli.
Staś: (podsumowuje sytuację nie bez dumy) - Choć jesteśmy na
pustyni, ja wciąż odnoszę same sukcesy.
Fatamorgana: (podsumowuje sytuację nie bez ironii) - Choć
odnosisz same sukcesy, wciąż jesteście na pustyni!
KONIEC
Autor: Władysław Sikora
PUSTE RURY, CZYLI TAJEMNICE HYDRAULIKI
Osoby:
Baba Jola - kobieta z zasadami
Wredny typ - dobry materiał na psychopatę
chatka Baby Joli
Baba Jola: (wyraźnie w dobrym humorze) - Ludzie, nie lubię was!
Nikogo nie lubię. Szkodzę ludziom, rzucam czary, sprowadzam nieszczęścia -
import eksport. Zamienię was w pingwiny.
Czary mary,
Hokus pokus Janusz Gerard Pyciak Peciak...!
Zamieńcie się w pingwiny! (ludzie jednak nie zmieniają się w
pingwiny - bynajmniej nie wszyscy)
Wredny typ: (wpycha swój wredny nos w nie swoje sprawy) -
Przepraszam, czy mam przyjemność z Baba Jagą?
Baba Jola: - Nie! Ja jestem Baba Jola i ze mną nie ma przyjemności.
Czego szukasz w mojej chatce na kurzych łapach?
Wredny typ: (lekko zdezorientowany) - Chatka na kurzych łapach?
Baba Jola: - Nie! Ty na kurzych łapach...
Wredny typ: (wyjmuje czekoladę nadziewaną żabami) - Przyszedłem
cię prosić, żebyś sprowadziła do miasta jakąś zarazę.
Baba Jola: (podejrzliwie) - Czy masz na myśli piosenkarkę
estradową?
Wredny typ: - Nie, zaraza w sensie: dżuma...
Baba Jola: - Nie mam!
Wredny typ: - Tyfus...
Baba Jola: - Nie mam!
Wredny typ: - Cholera...
Baba Jola: - Nie klnij!
Wredny typ: - Nie klnę.
Baba Jola: - To dobrze, bo mimo wszystko jestem kobietą.
Wredny typ: - Oczywiście. Poznałem po spódnicy.
Baba Jola: - Chłopie, a po co ci ta zaraza?
Wredny typ: (krygując się nieco) - Ja nie dla siebie... dla ludzi
proszę. Bo wredny jestem i nie lubię patrzeć na cudze szczęście!
Baba Jola: - To ludzie teraz szczęśliwi?
Wredny typ: - Oficjalnie nie, ale podejrzewam, że cieszą się po kątach.
Baba Jola: - To niedobrze! Trzeba im dokuczyć!
Wredny typ: - Tak!!! Żeby ich pokręciło!
Baba Jola: - Pokręciło...? To ma być zaraza czy wesołe miasteczko?
Wredny typ: - Zaraza. Najlepiej jakaś nowa odmiana wirusa. Taaakie
malutkie wirusy... z taaaakimi zębami!!! (pokazuje jaaakie zęby)
Baba Jola: - Daj spokój. Ja jestem prosta czarownica, a nie jakiś głupek
w białym kitlu. Trzeba wodociągom wodę zabrać, a wtedy ludzie poumierają z
nieprzestrzegania higieny osobistej.
Wredny typ: - Świetnie! To ja lecę po hydraulika.
Baba Jola: - Nie! Hydraulik jako pracownik manualny jest mi obcy ideowo.
Niech żyją zaklęcia!!!
Wredny typ: - No, ja nie wiem czy w XX wieku w Europie można coś jeszcze
zdziałać zaklęciami...
Baba Jola: - W tej części Europy można... (uśmiecha się
tajemniczo i przystępuje do zaklęć)
Pałka zapałka dwa kije
niech w rurach tylko wiatr wyje.
Gotowe. Wodociągi nie działają! Hi hi hi hi...
Wredny typ: - Czy to możliwe? Od tych paru słów?!
Baba Jola: - Na słowo działały - na słowo przestały!
Wredny typ: - Baba Jola... jesteś genialna!
Baba Jola: - Czy jesteś zadowolony?
Wredny typ: - Tak.
Baba Jola: - To niedobrze. (na początek strzela mu z pistoletu w głowę
i brzuch) - Nie lubię jak się ludzie cieszą!!!!!!! (następnie
wykonuje szereg innych działań uniemożliwiających odczuwanie zadowolenia)
KONIEC
Autor: Władysław Sikora
DANCING PATRIOTYCZNY W BRONOWICACH
Osoby:
Polak (z rodowodem) - po prostu Władek
Krakowiaczek Jeden - chodzący patriotyzm
Krakowianka Jedna - tańczący patriotyzm
Widz - konsument sztuki i nie tylko
Duch - postać eteryczna
Głos Ojczyzny - dĽwięki Niewiadomoskąd
Miejsce akcji: Teatr Bardzo Narodowy
Widz: (siedzi na widowni i spożywa wafelka "Prince Polo")
Polak (z rodowodem): (na scenie) - To jest mój kraj. Wierzby dookoła,
w górze bocian, a w sercu coś mi gra.
Widz: (nasłuchuje i wyrokuje z dużą znajomością tematu) -
Chopin.
Polak (z rodowodem): - Moc czuję w sobie. Czynu!!!!
Głos Ojczyzny: - Władek, Władek!!!
Polak (z rodowodem): - Słyszycie? Ojczyzna mnie woła...
Głos Ojczyzny: - Zrób coś dla mnie, zrób!
Polak (z rodowodem): - Ale sam? Czy mógłby mi ktoś pomóc?
Krakowiacy Jedni: - My! (wtańcowują nagle na scenę)
Polak (z rodowodem): - A chodĽ no tu który!
Krakowiacy Jedni: - Który?
Polak (z rodowodem): - Ten większy.
Krakowianka Jedna: - A ja?
Polak (z rodowodem): - Ty jesteś za mała.
Krakowianka Jedna: (z rozczarowaniem) - Kurde... (odchodzi
nie tańcząc)
Polak (z rodowodem): (do Krakowiaczka) - Posłuchaj, będziemy
walczyć o Polskę. Chcesz?
Krakowiaczek Jeden: - Pewno! Mój ojciec walczył o Polskę, mój dziad
walczył o Polskę i ja też będę walczył jak dziad!
Polak (z rodowodem): - Świetnie. (zwraca się do widza) A
ty dołączysz do nas?
Widz: - Ja jestem tylko widzem. Waszą sprawą jest walczyć, a moją
Prince Polo zjadać...
Polak (z rodowodem): - Oj, do walki trza go zagrzać. Kto ma złoty róg?
Krakowiaczek Jeden: - Ja. Trąbić?
Polak (z rodowodem): - Trąb!
Krakowiaczek Jeden: (trąbi)
Polak (z rodowodem): - No i co?
Widz: (wyrokuje z dużą znajomością tematu) - Louis Armstrong to
on nie jest.
Polak (z rodowodem): - Oj, nie ma ducha w narodzie.
Duch: - Uuuuuuu uu uuuu (pojawia się nagle)
Polak (z rodowodem): - Jest duch! Ktoś ty?
Duch: - Do you speak Eanglish? Who is Hamlet? You? You...
Krakowiaczek Jeden: - Ten duch jakiś nie nasz...
Duch: - I'm father!
Polak (z rodowodem): - Nasz! Fater znaczy ojciec...
Krakowiaczek Jeden: - Ojciec... to świetnie. Ojciec prać?!?
Duch: (wyraźnie wystraszony) - I'm sory. (znika bez
uprzedzenia)
Polak (z rodowodem): - Popatrz, zostawił nas.
Krakowianka Jedna: (wpada w lukę emocjonalną pozostawioną przez ducha) -
Chłopaki, weĽcie mnie ze sobą...
Polak (z rodowodem): - Ty za mała jesteś! Co ty umiesz?
Krakowianka Jedna: - Tańczyć.
Krakowiaczek Jeden: - Tańczyć to każdy głupi potrafi.
Krakowianka Jedna: (do Krakowiaczka) - No to można prosić...
Krakowiacy Jedni: (tańczą, zapominając o sprawach wielkich)
Polak (z rodowodem): - To jest mój kraj. Tu się urodziłem. Tu się
urodziłem i tu umrę. ...Więc lepiej gdzieś wyjadę, bo nie ma co ryzykować.
(wyjeżdża)
KONIEC
Autor: Władysław Sikora
NIE ZAPOMINAJCIE O ZAIKS-IE
Piosenka, którą tu śpiewam, z zespołem oczywiście,
następujący ma tytuł:
"Nie zapomnijcie o Zaiksie"
Piosenka oprócz tytułu
posiada jeszcze autorów.
Muzyka: Pernal Adam
a słowa: Władysław Sikora.
Nie zapominajcie o Zaiksie!
Nie zapominajcie o Zaiksie!
Kto w radiu lub telewizji
piosenkę niniejszą puści,
powinien niezwłocznie w Zaiksie
stosowną opłatę uiścić!
A uzyskane pieniądze
wezmą autorzy do ręki
i żyć z tego będą
i stworzą nowe piosenki.
Nie zapominajcie o Zaiksie!
Nie zapominajcie o Zaiksie!
Kto utwór wykorzystuje
niech sobie zdaje sprawę:
nie zgłaszając ryzykuje
grzywnę i koszta rozprawy!
Nie zapominajcie o Zaiksie!
Nie zapominajcie o Zaiksie!
Nie zapominajcie o Zaiksie...
(P.S. Wszystko nieprawda! ZAIKS nie zapłacił mi jeszcze
nic! Mam żal. - Autor Władek)
Słowa: j.w.
Melodia: j.w.